— Cicho! — mówił dalej archiwariusz Lindhorst — Dosyć na dzisiaj! W ogóle, jeżelibyś pan zechciał u mnie pracować, mógłbyś pan dosyć często widywać moje córki, a tym chętniej panu uczynię tę przyjemność, im lepiej pan się będziesz sprawował przy pracy, to znaczy, im dokładniej i schludniej wypadnie przepisywanie. Ale przecież pan wcale do mnie nie przychodzisz, chociaż pan registrator Heerbrand zapewniał, że pan się zgłosi w najbliższym czasie — i oto na próżno oczekuję przez tyle dni.

Kiedy archiwariusz Lindhorst wymówił nazwisko Heerbranda, student Anzelmus doznał wrażenia, że wreszcie znowu stoi obydwiema nogami na ziemi i że jest naprawdę studentem Anzelmusem, a stojący przed nim mężczyzna — archiwariuszem Lindhorstem. Obojętny ton, jakim ten ostatni przemawiał, miał w sobie, w jaskrawym przeciwieństwie do zdumiewających zjawisk, które jak prawdziwy czarodziej wywoływał, coś przerażającego, a wrażenie to powiększało jeszcze świdrujące spojrzenie iskrzących się oczu, które promieniowały z kostnych czeluści chudej, pomarszczonej twarzy, jak z wnętrza muszli jakiejś, i studenta Anzelmusa ogarnęło potężnie to samo niepokojące, straszne uczucie, które owładnęło nim już raz w kawiarni, kiedy archiwariusz opowiadał tyle dziwacznych rzeczy. Z trudnością zdołał się jako tako opanować i kiedy archiwariusz zapytał raz jeszcze: — No i dlaczegoś pan nie przychodził? — przemógł się na tyle, że opowiedział o wszystkim, co mu się wydarzyło pod bramą.

— Kochany panie Anzelmie! — rzekł archiwariusz, skoro student ukończył swoje opowiadanie. — Kochany panie Anzelmie, dobrze znam tę przekupkę, o której pan byłeś łaskaw mówić; jest to fatalna kreatura, która płata mi najrozmaitsze figle, a że teraz w brąz się zmieniła, by jako kołatka u drzwi odstraszać miłych mi gości, to jest istotnie nie do zniesienia. Ale może byś pan był tak dobry, szanowny panie Anzelmie, kiedy pan przyjdziesz do mnie jutro o dwunastej i zauważysz znowu coś z tego wykrzywiania się i zgrzytania, skropić jej trochę nos odrobiną tego płynu; wtedy wszystko od razu będzie w porządku. A teraz, adieu35! kochany panie, muszę pójść nieco szybciej, więc nie namawiam pana, abyśmy razem wrócili do miasta. Adieu! do widzenia, jutro o dwunastej.

Archiwariusz dał studentowi Anzelmusowi mały flakonik z jakąś złotożółtą cieczą i odszedł tak szybko, że w głębokim zmroku, jaki tymczasem zapadł, zdawał się raczej spływać w dolinę niż schodzić. Już był niedaleko ogrodu Cosel, kiedy wiatr wydął szeroki płaszcz i rozwiał poły tak, że trzepotały w powietrzu jak dwa ogromne skrzydła, a studentowi Anzelmusowi, który patrzał za nim ze zdziwieniem, zdawało się, że to wielki ptak rozpościera skrzydła do szybkiego lotu.

A kiedy tak student wpatrywał się w zmrok, gdzieś wysoko podniósł się z przeraźliwym krakaniem jakiś białawoszary sęp i młodzieniec zdał sobie sprawę, że to białawe ptaszysko, które brał za odchodzącego archiwariusza, musiało być właśnie owym sępem, chociaż znów nie mógł zrozumieć, gdzie podział się tak nagle archiwariusz.

— No, ale on mógł równie dobrze stąd odlecieć sam, we własnej osobie, ten pan archiwariusz Lindhrost — rzekł do siebie student Anzelmus — bo ja przecież teraz widzę i czuję doskonale, że wszystkie te obce postacie z dalekiego, bajecznego świata, którem widywał tylko w szczególnych, nadzwyczajnych snach, teraz na jawie wstąpiły w moje rzeczywiste życie i wciągnęły mnie w swoją grę. Ale niech tam będzie, co chce! Ty żyjesz i płoniesz w mej piersi, słodka, najmilsza Serpentyno, ty tylko możesz uciszyć tę bezmierną tęsknotę, która mi duszę rozdziera. Ach! Kiedyż będę mógł spojrzeć w twoje rozkoszne oczy, ukochanie ty moje, Serpentyno!

Tak zawołał student Anzelmus na cały głos.

— To jest paskudne, niechrześcijańskie imię — mruknął tuż obok niego jakiś glos basowy, należący do wracającego ze spaceru przechodnia.

Student Anzelmus, w porę przypomniawszy sobie, gdzie był, uszedł stamtąd co prędzej, myśląc w głębi duszy:

Czyżby to nie było prawdziwe nieszczęście, gdyby mnie tak teraz spotkał konrektor Paulmann albo registrator Heerbrand!