Ale nie spotkał żadnego z nich.
Wigilia piąta
Pani Anzelmusowa, radczyni dworu. — Cicero de officiis36. — Koczkodany i inne gałgaństwo. — Stara Elżbieta. — Aequinoctium37.
— Doprawdy, z tym Anzelmusem nie można teraz w żaden żywy sposób dojść do ładu — mówił konrektor Paulmann — wszystkie moje nauki i napomnienia to groch o ścianę, nic mu się nie chce robić, chociaż posiada jak najlepsze wykształcenie, które jest przecież podstawą wszystkiego.
Ale registrator Heerbrand odpowiedział, uśmiechając się przebiegle i tajemniczo:
— Zostawże pan Anzelmusowi trochę czasu, najszanowniejszy konrektorze, to jest dziwaczny jegomość, ale w nim coś tkwi, a jeżeli mówię „coś”, to znaczy: sekretarz tajny albo może nawet radca dworu.
— Rad... — zaczął konrektor w najwyższym zdumieniu. Wyraz ten ugrzązł mu w gardle.
— Cicho, cicho — mówił dalej registrator Heerbrand — co wiem, to wiem! On już od dwóch dni siedzi u archiwariusza Lindhorsta i przepisuje; a archiwariusz powiedział mi wczoraj wieczorem w kawiarni: „Poleciłeś mi pan, drogi panie, dzielnego młodzieńca, z którego będą ludzie”. No, a teraz zastanów się pan nad stosunkami archiwariusza... Cicho, cicho, pomówimy o tym po roku!
Z tymi słowy pan registrator, wciąż uśmiechając się przebiegle, otworzył drzwi i wyszedł, pozostawiając osłupiałego ze zdumienia i ciekawości konrektora, przykutego do krzesła.
Ale na Weronikę rozmowa ta podziałała w osobliwy sposób.