Czyż nie wiedziałam zawsze — myślała — że pan Anzelmus jest bardzo rozsądnym, bardzo miłym młodzieńcem, z którego jeszcze coś wielkiego wyrośnie? Żebym tylko wiedziała, czy on mi naprawdę sprzyja! Ale czyż nie ścisnął mnie dwa razy za rękę tego wieczora, kiedyśmy jechali po Elbie? Czyż nie patrzał na mnie podczas duetu takim szczególnym wzrokiem, który aż w serce przenika? Tak, tak, on mi naprawdę sprzyja, a ja...
Tu Weronika, jak to zwykle czynią młode dziewczęta, oddała się całkowicie słodkim marzeniom o różowej przyszłości. Była panią radczynią dworu, mieszkała w pięknym domu przy Schlossgasse albo przy Neumarkt, albo przy Moritzstrasse — w modnym kapeluszu i nowym, tureckim szalu było jej bardzo do twarzy. Jadła śniadanie w eleganckim negliżu38, na ganku, wydając odpowiednie rozporządzenia kucharce. — Ale nie zepsujże mi tego dania, bo to ulubiona potrawa pana radcy dworu! — Przechodzący eleganci strzelają w górę oczami, słyszy wyraźnie słowa: — Jakaż to boska kobieta ta pani radczyni dworu, jakże jej ślicznie w tym koronkowym czepku! — Pani radczyni Ipsylon przysyła służącego z pytaniem, czy pani radczyni dworu nie życzyłaby sobie pojechać dziś do Linka. — Proszę najuprzejmiej kłaniać się pani, jest mi nieskończenie przykro, ale jestem już proszona na herbatę do prezydenta T. — Tu wraca pan radca dworu Anzelmus, który już wczesnym rankiem wyszedł za interesami; ubrany jest według ostatniej mody; — Doprawdy, już dziesiąta! — woła, patrząc na złoty zegarek i całując żonę. — Cóż tam słychać, żonusiu najdroższa, a czy wiesz, co mam dla ciebie? — dodaje filuternie i wyciąga z kieszeni kamizelki parę wspaniałych kolczyków, zrobionych według ostatnich wzorów, i zawiesza jej zamiast tych, jakie dotąd nosiła.
— Ach, jakie śliczne, miłe kolczyki! — woła Weronika na cały głos i zrywa się z krzesła, porzucając robotę, aby rzeczywiście zobaczyć w lustrze te kolczyki.
— Hę? A toż co znowu — rzekł konrektor Paulmann, który, zagłębiony w Cicero de officiis, omalże nie upuścił książki — takie same napady, jak u Anzelmusa.
Ale wtem właśnie wszedł do pokoju student Anzelmus, który, wbrew zwyczajowi, nie pokazywał się od kilku dni, a Weronikę ogarnął strach i zdumienie, bo rzeczywiście był zmieniony w całym swoim jestestwie. Z pewną stanowczością, która wcale nie była mu właściwa, mówił o niespodziewanym zwrocie, jaki zaszedł w jego życiu, o wspaniałych widokach, jakie się przed nim otworzyły, ale których niejeden nie potrafiłby nawet dostrzec.
Konrektor Paulmann, przypominając sobie tajemnicze przepowiednie registratora Heerbranda, był jeszcze bardziej zmieszany i ze zdumienia nie mógł słowa wykrztusić, kiedy student Anzelmus, rzuciwszy jeszcze kilka słów o bardzo pilnej robocie u archiwariusza Lindhorsta i pocałowawszy z wytworną elegancją rękę Weroniki, zbiegł ze schodów, i tyle go widziano.
— To był już radca dworu — szepnęła do siebie Weronika — i pocałował mnie w rękę, nie pośliznąwszy się przy tym ani nie nastąpiwszy mi nawet na nogę, jak zwykle! Rzucił mi bardzo tkliwe spojrzenie — on mi naprawdę sprzyja.
Weronika na nowo oddała się swym marzeniom, lecz teraz coś, jakby jakaś wroga postać, mąciło ustawicznie rozsnuwające się lube zjawiska przyszłego życia domowego pani radczyni dworu. Postać ta śmiała się szyderczo i mówiła: „Przecież to wszystko są wierutne, ordynarne głupstwa, a przy tym skłamane, bo ten Anzelmus nie będzie nigdy radcą dworu ani twoim mężem; przecież on ciebie nie kocha, chociaż masz niebieskie oczy i wysmukłą postać, i kształtną rękę”.
Lodowaty strumień zmroził duszę Weroniki, a głębokie przerażenie zniszczyło całą błogość, z jaką widziała się jeszcze przed chwilą w koronkowym czepku i eleganckich kolczykach. Łzy omal nie trysnęły jej z oczu i powiedziała głośno:
— Ach, przecież to prawda, on mnie nie kocha, nigdy nie będę panią radczynią dworu!