— Romansowe brednie! — krzyknął konrektor Paulmann, wziął kapelusz i laskę i w złości wyszedł szybko.

— Tego jeszcze brakowało — westchnęła Weronika i rozgniewała się na dwunastoletnią siostrę, która siedziała przy swoich krosienkach, nie okazując żadnego współczucia, i w dalszym ciągu haftowała.

Tymczasem zbliżyła się już godzina trzecia, a zarazem czas, aby posprzątać w pokoju i przygotować wszystko do kawy; bo właśnie panny Oster zapowie działy przyjaciółce swe odwiedziny. Lecz spoza każdej szafeczki, którą Weronika przesuwała, spoza zeszytów z nutami, które sprzątała z fortepianu, zza każdej filiżanki, zza imbryka do kawy, zza każdej rzeczy, którą wyjmowała z szafy, owa postać wyskakiwała jak chochlik i śmiała się szyderczo i prztykała małymi pajęczymi paluszkami, i krzyczała: „To nie będzie twój mąż — to nie będzie twój mąż! ” A potem, gdy Weronika, porzuciwszy wszystko, uciekła na środek pokoju, coś olbrzymiego, z długim nosem wyjrzało zza pieca i zamruczało, i zawarczało: „To nie będzie twój mąż!”

— Siostro, czyż ty nie nie słyszysz, czyż ty nic nie widzisz? — krzyknęła Weronika, która bała się dotknąć czegokolwiek, trzęsąc się cała ze strachu.

Frania wstała bardzo poważnie i spokojnie od swoich krosienek i rzekła:

— Co ci się dzisiaj stało, siostro? Ciskasz wszystko jedno na drugie, że aż klekocze i brzęczy, muszę ci pomóc.

Ale tu weszły już z głośnym śmiechem wesołe panienki i w tej samej chwili Weronika uświadomiła sobie, że wzięła fryz39 od pieca za jakąś postać, a skrzypienie źle zamkniętych drzwi za nieprzyjazne słowa. Jednakże, przerażona do głębi, nie mogła tak zaraz przyjść do siebie, żeby przyjaciółki nie zauważyły jej niezwykłego usposobienia, które zdradzała jej bladość i twarz zmieniona. Skoro więc — przerwawszy wesołe opowiadanie o wszystkim, co miały do powiedzenia — napadły na przyjaciółkę, co ją też, u Boga Ojca, spotkała za przykrość, Weronika musiała wyznać, jak to oddała się pewnym całkiem niezwykłym dumaniom, jak ją nagle w biały dzień ogarnęła jakaś szczególna trwoga przed duchami, co jej się nigdy nie zdarzało. I tak żywo opowiedziała, jak to ze wszystkich kątów pokoju jakiś maleńki, szary człowieczek drażnił ją i wydrwiwał, że panny Oster oglądały się trwożnie na wszystkie strony i wnet zrobiło się im jakoś nieswojo, a nawet wprost strasznie. Dopiero gdy weszła Frania z dymiącą kawą, wszystkie trzy oprzytomniały i śmiały się z własnej bezmyślności.

Aniela — tak nazywała się najstarsza panna Oster — była zaręczona z jakimś oficerem, który wyruszył gdzieś z armią i od tak dawna już wszelki słuch o nim zaginął, że nie można było wątpić o jego śmierci lub co najmniej o ciężkim poranieniu. To pogrążyło Anielę w głęboki smutek, ale dzisiaj była wesoła aż do pustoty40, co Weronikę niemało zdziwiło i co wyraziła też jej bez ogródek.

— Moja droga — rzekła Aniela — wierz mi, że ja wciąż noszę mojego Wiktora w sercu, w duszy i w myślach. Dlatego też właśnie jestem tak wesoła! Ach, Boże! Tak szczęśliwa, taką błogość uczuwam w całej swojej istocie! Bo mój Wiktor ma się dobrze, zobaczę go już niezadługo jako rotmistrza, ozdobionego orderami, które zdobył dzięki swej bezgranicznej waleczności. Ciężka, ale wcale nie niebezpieczna rana w prawą rękę, od szabli huzara nieprzyjacielskiego, nie pozwala mu pisać, a ciągła zmiana miejsca, bo on nie chce w żaden sposób opuścić swego pułku, wciąż jeszcze uniemożliwia mu przesyłanie mi wiadomości o sobie; ale dzisiaj wieczorem ma otrzymać stanowczy rozkaz, by się wpierw zupełnie wyleczył. Jutro wyjeżdża, aby się stawić tutaj, a kiedy będzie wsiadał do powozu, dowie się o mianowaniu go rotmistrzem.

— Ależ kochana Anielciu — przerwała jej Weronika — skądże o tym wszystkim już teraz się dowiedziałaś?