— Nie wyśmiewaj się ze mnie, kochana przyjaciółko — mówiła dalej Aniela — ale ty tego chyba nie zrobisz, bo czyż za karę nie mógłby wyjrzeć tam zza tego lustra ów malutki człowieczek? Dość, że nie mogę się uwolnić od wierzenia w pewne tajemnicze rzeczy, ponieważ bardzo często występują one w moim życiu zupełnie widocznie — mogłabym powiedzieć, że dotykalnie. Zresztą bynajmniej nie wydaje mi się tak dziwnym i niepojętym, jak niektórym innym, że mogą istnieć ludzie obdarzeni pewnym darem jasnowidzenia, którzy potrafią pobudzać do działania za pomocą znanych im niezawodnych środków. Jest tutaj niedaleko pewna stara kobieta, która ów dar posiada w wysokim stopniu. Nie wróży ona tak, jak inne jej koleżanki po fachu, z kart, roztopionego ołowiu lub fusów od kawy; ale po pewnych przygotowaniach, w których uczestniczy również zapytująca osoba, ukazuje się w lśniąco wypolerowanym zwierciadle jakaś zdumiewająca mieszanina rozmaitych figur i postaci, które stara tłumaczy i z nich tworzy odpowiedź na zadane pytanie. Byłam u niej wczoraj wieczorem i otrzymałam owe wiadomości o moim Wiktorze, w ich prawdziwość nie wątpię ani na chwilę.

Opowiadanie Anieli roznieciło w sercu Weroniki iskrę, która wnet zapaliła myśl zapytania starej o Anzelmusa i o własne nadzieje. Dowiedziała się, że stara nazywa się pani Rauerin, że mieszka przy odludnej ulicy przed Bramą Morską, że można ją zastać tylko we wtorki, środy i piątki od siódmej wieczorem, potem już jednak przez całą noc aż do wschodu słońca, i że lubi, kiedy się do niej przychodzi samotnie.

Była właśnie środa i Weronika postanowiła pójść do starej, pod pozorem odprowadzenia panien Oster, co też istotnie uczyniła. I zaledwie pożegnała się z przyjaciółkami, które mieszkały na Neustadt, przed mostem na Elbie, wnet pomknęła szybko przed Bramę Morską i znalazła się wkrótce w owej odludnej, wąskiej uliczce, przy której końcu ujrzała mały, czerwony domek, w którym miała mieszkać pani Rauerin. Nie mogła się obronić przed dziwnym, trwożnym niepokojem, wprost przed wewnętrznym drżeniem, kiedy stanęła przed drzwiami tego domku. Wreszcie, nie zważając na odpychające uczucie, przemogła się i pociągnęła za dzwonek, na co drzwi się otworzyły; drepcząc po ciemnym korytarzu, omackiem dążyła ku schodom, prowadzącym na piętro, jak to objaśniła Aniela.

— Czy tu mieszka pani Rauerin? — zawołała w głąb pustej sieni, gdyż nikt się nie ukazywał; zamiast odpowiedzi rozległo się donośne, przeciągłe „miau” — i ogromny, czarny kocur z wysoko wygiętym grzbietem, chwiejąc w falistych skrętach ogonem tu i tam, zjawił się i poprowadził ją uroczyście aż do samych drzwi pokoju, które na drugie „miau” otworzono.

— Ach, patrzaj no, córuchno, już jesteś tu? Wejdźże, wejdź!

Tak zawołała wychodząca z pokoju postać, której widok przygwoździł Weronikę do podłogi. Wysoka, chuda kobieta, owinięta czarnymi gałganami! Kiedy mówiła, chybotała się jej wystająca, ostra broda, przeciągała się, wykrzywiała bezzębna gęba, ocieniona kościstym, jastrzębim nosem, w małpio szyderczy uśmiech, a świecące, kocie oczy błyskały, ciskając iskry przez wielkie okulary. Z pstrej, owiniętej wokoło głowy chusty wysterczały szczecinowate włosy, ale do ohydy podnosiły tę wstrętną twarz dwie wielkie oparzelizny, które plamiły lewy policzek, sięgając aż na nos.

Weronice oddech zaparło, a krzyk, który miał ulżyć zaciśniętej piersi, stał się głębokim westchnieniem, skoro koścista dłoń czarownicy chwyciła ją i wciągnęła do pokoju. A tam się wszystko ruszało i kotłowało, kwiczało, miauczało, skrzeczało i piszczało jedno przez drugie, aż się w głowie mąciło.

Stara uderzyła pięścią w stół i krzyknęła:

— Cicho tam, hołoto!

I koczkodany powłaziły, skowycząc, na wysoką kotarę nad łóżkiem, a świnki morskie pobiegły pod piec, a kruk się trzepotał na okrągłym lustrze; tylko czarny kocur, jakby go nic nie obchodziły obelżywe wymysły, siedział dalej spokojnie na ogromnym, miękkim krześle, na które wskoczył, skoro tylko wszedł.