Kiedy tak się uciszyło, Weronika nabrała otuchy; nie było już jej tu tak strasznie, jak tam, w sieni, a nawet kobieta nie wydawała się już jej tak odrażającą. Teraz dopiero rozejrzała się po pokoju.

Najrozmaitsze obrzydliwe, wypchane zwierzęta zwieszały się z powały41, jakieś przedziwne nieznane przedmioty stosami zaścielały podłogę, a na kominie płonął skromny, błękitny ogień, który tylko od czasu do czasu trzaskał żółtymi iskrami; ale wtedy przelatywał szelest z góry na dół i wstrętne nietoperze, jakby z wykrzywionymi, śmiejącymi się ludzkimi twarzami, latały tu i ówdzie, a chwilami płomienie lizały poczerniały od sadzy mur i wtedy rozlegały się przeraźliwe, wyjące jęki, tak że Weronikę ogarniała trwoga i przerażenie.

— Za pozwoleniem, panieneczko — rzekła stara z przymileniem, chwyciła ogromną kitę i zmaczawszy ją w wielkim, miedzianym kotle, pokropiła komin. Wtedy ogień zagasł i pokój naraz42 napełniły jakby gęste dymy, zrobiło się ciemno choć oko wykol. Ale wnet stara, która wyszła do jakiejś komórki, wróciła z zapaloną świecą i Weronika nie zobaczyła już ani śladu zwierząt, ani owych dziwacznych przedmiotów, był to zwyczajny, nędznie urządzony pokój.

Stara podeszła do niej bliżej i rzekła charczącym głosem:

— Wiem doskonale, czego chcesz ode mnie, moja córuchno; chciałabyś się koniecznie dowiedzieć, czy poślubisz Anzelmusa, kiedy zostanie radcą dworu!

Weronika skamieniała ze zdumienia i strachu, ale stara mówiła dalej:

— Przecież powiedziałaś mi wszystko w domu u papy, kiedy stał przed tobą imbryk od kawy, ja byłam tym imbrykiem, cóż, nie poznałaś mnie? Córuchno, słuchaj! Odsuń się, odsuń od tego Anzelmusa, to obrzydliwy człowiek, on deptał po twarzach moim synkom, moim kochanym synkom, jabłuszkom o rumianych policzkach, które, skoro je ludzie kupią, wytaczają się im z kieszeni na powrót do mojego kosza. On trzyma ze starym; on mi onegdaj oblał twarz tym przeklętym auripigmentem43, żem o mało nie oślepła, możesz jeszcze zobaczyć oparzelizny, córuchno! Odsuń się od niego, odsuń się! On ciebie nie kocha, bo kocha złotozielonego węża, on nigdy nie będzie radcą dworu, bo on przystał do Salamandrów i chce poślubić złotozielonego węża, odsuń się od niego, odsuń się!

Weronika, która miała właściwie mężne serce i szybko potrafiła opanować strach dziewczęcy, odstąpiła krok w tył i rzekła poważnym, skupionym tonem:

— Moja staruszko! Słyszałam o waszym darze patrzenia w przyszłość i dlatego chciałam, może zbyt ciekawie i przedwcześnie, dowiedzieć się od was, czy Anzelmus, którego kocham i wysoko cenię, będzie kiedykolwiek moim. Jeżeli więc chcecie, zamiast uczynić zadość mojemu życzeniu, drażnić mnie waszym wariackim i niedorzecznym gadaniem, to źle robicie; bo ja chciałam od was tylko tego samego, coście uczynili już innym, o ile wiem. Ponieważ znacie, jak się zdaje, moje najtajniejsze myśli, to może łatwo by wam przyszło odkryć mi coś z tego, co mnie teraz dręczy i niepokoi, ale po waszych niedorzecznych potwarzach44 rzucanych na dobrego Anzelmusa nic już nie chcę się od was dowiedzieć. Dobranoc!

Weronika chciała wyjść, ale stara upadła z płaczem i jękiem na kolana i zawołała, mocno trzymając dziewczę za suknię: