— Weronisiu, więc ty już nie chcesz znać starej Elżbiety, która cię tak często nosiła na ręku i pielęgnowała cię, i pieściła?

Weronika zaledwie że wierzyła własnym oczom, gdyż poznała swoją dawną, tyle tylko że zmienioną przez wiek podeszły, a szczególniej przez oparzelizny, piastunkę, która przed wielu laty zniknęła z domu konrektora Paulmanna. Stara wyglądała też teraz zupełnie inaczej, zamiast owej brzydkiej, pstrej chusty miała poważny czepiec, a zamiast czarnych gałganów — kaftan w wielkie kwiaty, jaki zwykle dawniej nosiła. Wstała z podłogi i mówiła dalej, biorąc Weronikę w objęcia:

— To wszystko, co ci powiedziałam, może ci się wydać wariactwem, ale, niestety, jest prawdą. Anzelmus wiele mi złego narobił, chociaż mimo woli wpadł on w ręce archiwariusza Lindhorsta, a ten chce go ożenić z swoją córką. Archiwariusz jest moim największym wrogiem i mogłabym ci różne rzeczy o nim opowiedzieć, których byś jednak nie zrozumiała lub bardzo się ich przeraziła. To mądry człowiek, ale i ze mnie mądra niewiasta — niechże i tak będzie! No, ale widzę teraz, że Anzelmus jest ci bardzo miły, a ja ci chcę wszystkimi siłami dopomóc, żebyś była szczęśliwą, żebyś należała do niego i weszła do jego małżeńskiego łoża, jak tego sobie życzysz.

— Ależ na miłość Boską, niechże mi Elżbieta powie... — wtrąciła Weronika.

— Sza... dziecko, sza! — przerwała jej stara. — Wiem, co mi chcesz powiedzieć, stałam się tym, czym jestem, ponieważ musiałam się tym stać, nie mogłam inaczej. No więc! Znam środek, który wyleczy Anzelmusa z głupiej miłości do zielonego węża i poprowadzi go w twoje objęcia, jako najmilszego z radców dworu; ale musisz mi pomóc!

— Powiedzże mi to tylko od razu, Elżbieto! Ja wszystko zrobię; bo ja bardzo kocham Anzelmusa! — wyszeptała ledwie dosłyszalnie Weronika.

— Znam cię — mówiła dalej stara — jako odważne dziecko, na próżno chciałam cię zmusić do snu strasząc kominiarzem, gdyż właśnie wtedy otwierałaś oczy, aby go zobaczyć, chodziłaś do najodleglejszego pokoju bez świecy i często, włożywszy pudermantel45 ojca, straszyłaś dzieci sąsiada. No więc, jeśli naprawdę chcesz zwyciężyć z pomocą mej sztuki archiwariusza Lindhorsta i zielonego węża, jeśli naprawdę chcesz nazywać Anzelmusa, jako radcę dworu, swoim mężem, to wymknij się z domu ojca w przyszłą noc porównania dnia z nocą o godzinie jedenastej i przyjdź do mnie; pójdę z tobą wtedy na rozstajne drogi, przecinające niedalekie pole, przygotujemy, co potrzeba, a nie powinny cię niepokoić wszystkie dziwy, które tam może zobaczysz. A teraz, córuchno, dobranoc, papa już czeka z kolacją.

Weronika wyszła pośpiesznie, postanawiając sobie z całą mocą dobrze pamiętać o aequinoctium, ponieważ — myślała — Elżbieta ma słuszność, Anzelmus zaplątał się w jakieś tajemnicze związki, ale ja wydrę go stamtąd i nazwę go moim na zawsze i na wieki; moim jest i moim pozostanie radca dworu, Anzelmus.

Wigilia szósta

Ogród archiwariusza Lindhorsta i niektóre drwiące ptaki. — Złoty garnek. — Angielska kursywa. — Podłe „kurze łapki”. — Książę-duch.