— A jednak i to być może — mówił do siebie student Anzelmus — że ta wyborna, mocna żołądkówka, którą wypiłem nieco łakomie u monsieur46 Conradiego, wywołała wszystkie te wariackie przywidzenia, które męczyły mnie przed bramą domu archiwariusza Lindhorsta. Dlatego też będę dzisiaj zupełnie trzeźwy i postaram się stawić czoło wszystkim przeciwnościom, które mogą mi stanąć na drodze.

Tak jak wówczas, kiedy przygotowywał się do pierwszych odwiedzin u archiwariusza Lindhorsta, zapakował swoje rysunki piórkowe i artystyczne dzieła kaligraficzne, swoje pałeczki tuszu, swoje świetnie zatemperowane pióra i chciał już wyjść, kiedy wpadła mu w oczy ta flaszeczka z żółtym płynem, którą otrzymał od archiwariusza Lindhorsta. I naraz wszystkie nadzwyczajne przygody, które przeżył, w palących barwach stanęły mu przed oczyma i niepojęte uczucie rozkoszy i bólu ścisnęło mu pierś. Mimo woli wykrzyknął głosem pełnym tęsknoty:

— Ach, czyż ja nie po to tylko idę do archiwariusza, aby ciebie zobaczyć, słodka, najmilsza Serpentyno?

Zdało mu się w owej chwili, że miłość Serpentyny miała być nagrodą za jakąś mozolną, niebezpieczną pracę, którą on musiał wykonać, a pracą tą miało być właśnie przepisywanie rękopisów Lindhorsta.

Że znowu mogły mu się wydarzyć najrozmaitsze nadzwyczajności przy wejściu do owego domu, a jeszcze prędzej przed domem — w to nie wątpił. Nie myślał już więcej o żołądkówce Conradiego, ale szybko włożył flakonik z żółtą cieczą w kieszonkę kamizelki, aby postąpić ściśle wedle wskazówek archiwariusza, jeżeliby wyrzezana47 na kołatce z brązu sprzedawczyni jabłek znowu zaczęła mu się wykrzywiać ze swej zasadzki.

I rzeczywiście, czyż nie podniósł się natychmiast spiczasty nos, czyż nie rozbłysły kocie oczy na kołatce u bramy, skoro chciał ją ująć z uderzeniem dwunastej?

Niewiele myśląc, prysnął żółtym płynem wprost w tę przeklętą twarz, a ona wygładziła się i rozpłaszczyła natychmiast w błyszczącą, okrągłą kołatkę. Brama otworzyła się, dzwony prześlicznie zadźwięczały na cały dom: — Dźwięki — brzęki — wnijdź48, młodzieńki — tobie dźwięki — tobie brzęki.

Pełen otuchy wchodził na piękne, szerokie schody i napawał się osobliwym zapachem kadzideł, unoszącym się w całym domu. W sieni przystanął pełen niepewności: nie wiedział, do których z wielu pięknych drzwi zapukać; ale zjawił się archiwariusz Lindhorst w szerokim, adamaszkowym49 szlafroku i zawołał:

— Cieszy mnie, panie Anzelmusie, że pan nareszcie dotrzymujesz słowa, pójdź no pan za mną, muszę przecież pana zaprowadzić do laboratorium.

I przeszedłszy szybko przez długą sień, otworzył małe, boczne drzwiczki, prowadzące na korytarz. Anzelmus postępował za nim pełen najlepszych myśli; tak weszli z korytarza do jakiejś sali, a raczej do wspaniałej cieplarni: bo z obydwóch stron wznosiły się aż do powały50 najróżnorodniejsze, rzadkie, zadziwiające rośliny, ba, nawet wielkie drzewa ze szczególnie ukształtowanymi liśćmi i kwiatami. Magiczne, olśniewające światło rozpylało się wokoło, chociaż nie można było zauważyć, skąd wypływało, bo nie widać było nigdzie okna. A kiedy student Anzelmus wpatrywał się w krzaki i drzewa, jakby długie jakieś przejścia rozprzestrzeniały się w dal.