W głębokiej ciemni cyprysowych krzewów lśniły marmurowe cysterny, z których wznosiły się jakieś dziwne figury, rozpryskując kryształowe promienie, padające z pluskaniem w świecące kielichy lilii; nadzwyczajne szelesty, szumy i gwary napełniały ten las zdumiewających roślin, a wspaniałe zapachy przepływały we wszystkich kierunkach. Archiwariusz gdzieś zniknął i Anzelmus ujrzał tylko jakiś olbrzymi krzak płomienistych lilii przed sobą. Odurzony tym widokiem, tymi słodkimi zapachami bajecznego ogrodu, Anzelmus przystanął oczarowany. A wtedy zaczęło coś wszędzie chichotać i śmiać się, a cienkie głosiki przekomarzały się i wydrwiwały:

— Panie student, panie student! Gdzieżeś to pan wlazł? Coś się pan tak ślicznie ubrał, panie Anzelmie? Może byśmy trochę pogadali z sobą, jak to babcia rozgniotła zadkiem jajko, a panicz zrobił plamę na niedzielnej kamizelce? Umiesz pan już na pamięć tę nową arię, której się nauczyłeś od papy Starmatza, panie Anzelmusie? Strasznie śmiesznie pan wyglądasz w tej szklanej peruce i butach ze sztylpami51 z kartonu!

Tak wołało i chichotało, i drażniło się ze wszystkich kątów, tuż obok studenta, który spostrzegł dopiero teraz, że otoczyły go roje najrozmaitszych barwistych ptaków i wyśmiewały się z niego w najlepsze.

Tymczasem krzak płomienistych lilii podszedł ku niemu — i student zobaczył, że to był archiwariusz Lindhorst i że złudził go tylko jego kwiecisty szlafrok, mieniący się żółtymi i czerwonymi barwami.

— Wybacz pan, drogi panie Anzelmie — powiedział archiwariusz — żem pana pozostawił samego, ale przechodząc zajrzałem tylko do mojego pięknego kaktusa, który ma tej nocy zakwitnąć. Ale jakże się panu podoba mój ogródek domowy?

— Ach, Boże! Tu jest tak pięknie, że nie umiem tego wypowiedzieć, najszanowniejszy panie archiwariuszu — odpowiedział student — ale te ładne ptaki zanadto już kpią sobie ze mnie biednego!

— Cóż to za jakaś paplanina? — zawołał z gniewem archiwariusz w gęstwinie krzaków.

Na to wyfrunęła stamtąd ogromna szara papuga, siadła koło archiwariusza na gałęzi mirtu52 i patrząc nań niezwykle poważnie i uroczyście przez wielkie okulary, tkwiące jej na zakrzywionym dziobie, zaskrzeczała:

— Niech pan się o to nie gniewa, panie archiwariuszu, rzeczywiście, te łobuzy znowu się bardzo rozpuściły, ale pan student sam sobie winien, bo...

— Cicho no, cicho! — przerwał staremu ptakowi archiwariusz. — Ja znam tę szelmę, ale trzeba jej było lepiej pilnować, mój przyjacielu! Idźmy dalej, panie Anzelmie!