— Kochany panie Anzelmie — rzekł archiwariusz Lindhorst — pan masz do sztuki kaligraficznej istotnie duże zdolności, ale widzę doskonale, że na razie więcej będę musiał liczyć na pańską pilność i pańską dobrą wolę niż na pańskie wyszkolenie. Zresztą, być może, iż to po części wina złych materiałów, którychś pan używał.

Student Anzelmus zaczął szeroko opowiadać o swoim dotychczas uznawanym artyzmie, o chińskim tuszu i wprost wyborowych piórach kruczych.

Na to archiwariusz podał mu angielską kartę i rzekł:

— Osądź pan sam!

Anzelmus był jakby piorunem rażony, tak nędznym wydał mu się jego własny rękopis. Nie było tam ani okrągłości w liniach, ani równości w wierszach, ani odpowiedniego stosunku pomiędzy wielkimi a małymi literami; w dodatku uczniakowskie przykre „kurze łapki” psuły względnie już osiągnięte cele.

— A przy tym — dodał archiwariusz Lindhorst — tusz pański jest nietrwały.

Umoczył palec w szklance napełnionej wodą i skoro tylko leciuchno dotknął nim liter, wszystko znikło natychmiast bez śladu.

Studentowi Anzelmusowi jakby potwór jakiś zacisnął krtań, nie mógł słowa wykrztusić. I stał tak z nieszczęśliwym papierem w ręku, aż archiwariusz Lindhorst roześmiał się głośno i rzekł:

— Nie ma się czym znowu tak okropnie martwić, drogi panie Anzelmie; to, czegoś pan dotychczas nie potrafił dokonać, może tutaj, u mnie, jakoś lepiej się uda; zresztą znajdzie pan tu lepsze przybory od tych, któreś pan zwykle mógł mieć do rozporządzania. No, zaczynaj pan, tylko bez obawy!

Archiwariusz Lindhorst przyniósł jeszcze jakąś płynną, czarną masę, od której zapachniało szczególniejszą wonią, niezwykle zabarwione, ostro zatemperowane pióra i kartę przedziwnej białości i gładkości, wreszcie zaś rękopis arabski z zamkniętej szafy — i skoro Anzelmus zasiadł do roboty, opuścił pokój.