Student Anzelmus nieraz już przepisywał arabskie pismo, więc owa pierwsza praca nie wydała mu się tak trudna.
— Jak te „kurze łapki” dostały się do mojej pięknej, angielskiej kursywy, o tym wie chyba tylko Pan Bóg i archiwariusz Lindhorst — mówił — ale że one nie pochodzą z mojej ręki, za to bym dał sobie głowę uciąć.
Z każdym wyrazem, który udało mu się szczęśliwie nakreślić na pergaminie, nabierał otuchy a zarazem zręczności. I rzeczywiście, owymi piórami pisało się przepysznie, a tajemniczy atrament spływał z jednolitą, kruczą czarnością na olśniewająco biały pergamin.
Kiedy tak pilnie i z natężoną uwagą pracował, robiło mu się w tym samotnym pokoju coraz milej i całkowicie już pogrążył się w robotę, którą miał nadzieję szczęśliwie doprowadzić do końca, kiedy z uderzeniem trzeciej archiwariusz Lindhorst zawołał go do sąsiedniego pokoju na smacznie przyrządzony obiad. Archiwariusz Lindhorst był przy stole w nadzwyczajnym, wyśmienitym humorze; dowiadywał się o przyjaciół Anzelmusa, o konrektora Paulmanna i registratora Heerbranda, i opowiadał o tym ostatnim mnóstwo uciesznych rzeczy. Doskonałe, stare wino reńskie smakowało Anzelmusowi nad wszelki wyraz i czyniło go rozmowniejszym niż kiedykolwiek bądź. Z uderzeniem czwartej powstał, by iść do swojej pracy, i ta punktualność uczyniła, jak się zdaje, na archiwariuszu bardzo dobre wrażenie.
Jeżeli już przed obiadem szczęśliwie powiodło mu się przepisywanie znaków arabskich, to teraz praca poszła mu jeszcze o wiele lepiej, tak że nawet sam nie mógł zrozumieć szybkości i łatwości, z jaką potrafił przemalowywać kręte linie nieznanego pisma.
Ale było, jakby mu z głębi duszy jakiś głos szeptał wyraźnymi słowy: ach, czyżbyś ty mógł tego dokonać, gdybyś jej nie nosił w myślach i sercu twoim, gdybyś nie wierzył w nią i w jej miłość?
I przewiały przez pokój niby ciche, cichuteńkie, szeptające, kryształowe dźwięczenia:
— Jestem przy tobie, blisko — bliziuteńko — pomagam ci — bądź mężny — bądź wytrwały, drogi Anzelmie! — pracuję z tobą razem, abyś był moim!
A kiedy się tak w zachwycie bezmiernym wsłuchiwał w owe dźwięki, coraz zrozumialszymi stawały się dlań znaki nieznane, nie potrzebował już prawie zaglądać do oryginału — znaki te były nawet jakby już blado napisane na pergaminie, trzeba mu było tylko wprawnie pokrywać je czernią. I tak pracował, owiany lubymi, krzepiącymi dźwięki54, niby tchnieniem przesłodkim a pajęczo delikatnym, aż wybiła godzina szósta i wszedł archiwariusz Lindhorst.
Ze szczególnym uśmiechem podszedł do stołu, Anzelmus powstał w milczeniu. Archiwariusz wciąż jeszcze patrzał nań ze swoim jakby szyderczym, drwiącym uśmiechem; zaledwie jednak spojrzał na przepisywanie, uśmiech zamienił się w głęboką, uroczystą powagę, w której napięły się wszystkie muskuły55 twarzy.