Wkrótce nie był to już ten sam człowiek. Oczy, które promieniowały zazwyczaj iskrzącymi płomieniami, patrzały teraz w Anzelmusa z niewysłowioną tkliwością, leciuchny rumieniec pokrył mu blade lica, znikła ironia, która mu zwykle ściągała usta, i zdało się, że te łagodne, miękkokształtne wargi otwierają się do przemowy pełnej mądrości a idącej wprost w serce. Cała postać stała się wyższą, dostojniejszą, szeroki szlafrok ułożył się, jak płaszcz królewski, w obfite fałdy na piersiach i ramionach, a przez białe kędziory, spływające na wysokie, otwarte czoło, wiła się wąska obręcz złota.
— Młodzieńcze — zaczął archiwariusz uroczyście — młodzieńcze, zanimeś jeszcze przeczuł, poznałem już wszystkie te węzły tajemne, które wiążą cię z tym, co mi najdroższe, najświętsze! Serpentyna cię kocha — i dopełnią się osobliwsze losy, których bieg nieubłagany wstrzymują wrogie siły, jeżeli będzie twoją, jeżeli otrzymasz jako posag ten złoty garnek, który jest jej własnością. Lecz tylko z walki wykwitnie szczęście twoje w wyższym życiu. Wrogie żywioły oplątują cię — od hańby i upadku uratować cię może tylko siła wewnętrzna, dzięki której oprzesz się ich pokusom. Pracując tutaj, przebywasz czas nauki; wiara i wiedza niezadługo już doprowadzą cię do celu, jeżeli stać będziesz twardo przy tym, coś musiał zacząć. Wiernym jej bądź całą duszą, jej, która cię kocha, a ujrzysz wtedy wspaniałe cuda złotego garnka i będziesz szczęśliwym na zawsze. Bądź zdrów! Archiwariusz Lindhorst oczekuje cię jutro o dwunastej w swoim gabinecie! Bądź zdrów!
Archiwariusz łagodnie wypchnął studenta Anzelmusa za drzwi, zamknął je — i młodzieniec znalazł się w pokoju, w którym jadł obiad i z którego jedyne drzwi wiodły do sieni. Zupełnie ogłuszony zdumiewającymi zjawiskami, stanął przed bramą nieruchomo, ale wtem otworzyło się nad nim okno, spojrzał w górę, to był archiwariusz Lindhorst; ten sam, stary, w białawoszarej kurtce, jakim go zwykle widywał, zawołał:
— Ej, drogi panie Anzelmie, o czym pan tak myślisz, o co idzie, arabszczyzna nie chce panu wyjść z głowy? Pozdrówże pan ode mnie konrektora Paulmanna, jeżeli pan zajdziesz do niego, i przyjdź pan znów jutro punktualnie o dwunastej. Honorarium za dzisiejszy dzień jest już w prawej kieszeni pańskiej kamizelki.
Student Anzelmus znalazł rzeczywiście lśniącego talara w oznaczonej kieszeni, ale wcale się z tego nie ucieszył.
— Co z tego wszystkiego będzie, nie wiem — mówił do siebie — ale jeżeli nawet ogarniają mnie tylko jakieś wariackie marzenia i widziadła, toć przecie żyje i porusza się w duszy mej najmilsza Serpentyna, a ja bym wolał raczej zginąć marnie i na zawsze, niż ją opuścić, bo wiem przecież, że myśl we mnie jest wieczną i że nie może jej zniszczyć żaden wrogi żywioł; ale jestże owa myśl czym innym niż miłością Serpentyny?
Wigilia siódma
Jak konrektor Paulmann wytrząsnął fajkę i położył się spać. — Rembrandt i Brueghel Piekielny. — Zaczarowane zwierciadło i recepta doktora Ecksteina na nieznaną chorobę.
Nareszcie konrektor Paulmann wytrząsnął fajkę, mówiąc:
— Czas już chyba się położyć.