— Kochany panie Anzelmie — rzekł archiwariusz Lindhorst — przepisałeś już pan nieco rękopisów szybko i dokładnie, ku mojemu wielkiemu zadowoleniu; pozyskałeś pan sobie moje zaufanie; ale pozostaje jeszcze do zrobienia rzecz najważniejsza, mianowicie przepisanie, a raczej przemalowanie pewnych dzieł, pisanych szczególniejszymi znakami, dzieł, które przechowuję w tym pokoju i które można przepisywać tylko tu na miejscu. Na przyszłość będziesz pan zatem pracował tutaj, ale muszę panu zalecić jak największą ostrożność i uwagę; jedna fałszywa kreska albo też, uchowaj Boże, jedna plama atramentu pryśnięta na oryginał pogrąży pana w nieszczęście.
Anzelmus zauważył, że ze złotych pni palm wyrastały małe szmaragdowe liście; archiwariusz chwycił jeden z tych liści i Anzelmus dostrzegł, że liść był właściwie rulonem pergaminu, który archiwariusz rozwinął i rozłożył na stole.
Anzelmus niemało się zadziwił na widok tych dziwacznie poplątanych znaków, a wpatrując się w te wszystkie punkciki, kreski, przecinki i zakrętasy, które zdawały się wyobrażać jakieś rośliny, mchy, to znów postaci zwierząt, omalże nie upadł na duchu. Czy potrafi to wszystko tak dokładnie przemalować? Zamyślił się nad tym głęboko.
— Odwagi, młodzieńcze! — zawołał archiwariusz — jeśli masz szczerą wiarę i prawdziwą miłość, to pomoże ci Serpentyna!
Głos jego brzmiał jak dźwięczący metal, a kiedy Anzelmus spojrzał w nagłej trwodze, archiwariusz Lindhorst stał przed nim w królewskiej postaci, tak jak się mu zjawił przy pierwszych odwiedzinach w pokoju, gdzie była biblioteka. Anzelmus uczuł, że chyba osunie się na kolana, czcią przeniknięty, ale tu archiwariusz Lindhorst wzniósł się w górę po pniu jednej z palm i zniknął wśród szmaragdowych liści.
Student Anzelmus zrozumiał, że książę-duch z nim mówił i że wszedł teraz na górę, do swojej pracowni, aby może wprzód65 jeszcze zapytać promieni-gońców, wysłanych doń przez niektóre planety, o dalsze losy jego i słodkiej Serpentyny.
Albo też może — myślał dalej — oczekują go wieści ze źródeł Nilu, albo odwiedza go jaki mag z Laponii, mnie zaś trzeba teraz ostro się zabrać do pracy.
I z tymi słowy66 zaczął badać nieznane znaki pergaminu.
Cudowna muzyka ogrodu przenikała ku niemu i otaczała go słodkimi, rozkosznymi zapachami, słyszał wprawdzie także chichotanie drwiących ptaków, ale nie rozumiał ich słów, co mu było bardzo na rękę. Chwilami było tak, jakby liście drzew palmowych szeleściły i jakby promieniowały wtedy przez pokój w te czarowne dźwięki kryształu, które Anzelmus słyszał w ów pamiętny dzień Wniebowstąpienia pod bzowym krzakiem. Przedziwnie pokrzepiony przez te dźwięki i świecenia, Anzelmus coraz silniej skierowywał swe myśli i czucia na tytuł zwiniętego w rulon pergaminu i wkrótce jakby w głębi duszy uczuł, że znaki te mogły oznaczać tylko te, a nie inne słowa: „O zaślubinach Salamandra z zielonym wężem”.
Tu zabrzmiał silny, trójdźwięczny akord jasnych dzwonów z kryształu.