— Anzelmusie, drogi Anzelmusie — przewiało ku niemu spośród liści — i o cudo! — po pniu palmowego drzewa ześlizgiwał się zielony wąż.
— Serpentyno! Najmilsza Serpentyno! — krzyknął Anzelmus, jakby w obłąkaniu najwyższego zachwytu: bo kiedy uważniej się wpatrzył, było to przecież przecudne, czarujące dziewczę, które spływało ku niemu, spoglądając nań z niewysłowioną tęsknotą ciemnobłękitnymi oczami, tymi samymi oczami, co żyły w nim, w głębi duszy. Liście zdawały się opuszczać i rozpościerać, wszędzie sterczały z pni kolce, ale Serpentyna zręcznie przemykała się, przewijała przez nie, cisnąc ku sobie swoją migotliwą, jakby lśniącą mieniącymi się barwami szatę, tak że ta, przylgnąwszy do wysmukłego ciała, nie zaczepiała o wystające kolce i ciernie drzew palmowych.
Siadła obok Anzelmusa na tym samym krześle, obejmując go ramionami i przyciągając ku sobie, tak że czuł tchnienie płynące z jej ust i elektryczne ciepło jej ciała.
— Drogi Anzelmusie — zaczęła Serpentyna — jesteś już teraz zupełnie moim, zdobyłeś mnie przez twoją wiarę, przez twoją miłość; a ja ci ofiaruję ów złoty garnek, który nas uszczęśliwi na wieki.
— O ty przesłodka, najmilsza Serpentyno! — rzekł Anzelmus — jeżeli posiadam ciebie, to cóż mnie obchodzi wszystko poza tym? Skoro żeś tylko moją, to zatopiłbym się najchętniej w tych wszystkich dziwach i czarach, które mną zawładnęły od chwili, kiedym cię ujrzał.
— Wiem doskonale — mówiła dalej Serpentyna — że wszystkie te niepojęte i cudowne rzeczy, którymi ojciec mój otaczał cię, nieraz tylko dla własnej zabawy, wzbudzały w tobie zgrozę i przerażenie, ale teraz już, jak myślę, tego chyba nie będzie; bo ja tu jestem w tej chwili tylko po to, aby ci opowiedzieć, mój drogi Anzelmusie, z głębi serca, z głębi duszy wszystko, wszystko, aż do najzupełniejszych drobiazgów, co tylko powinieneś wiedzieć, ażebyś całkowicie poznał mojego ojca i w ogóle jak najdokładniej zrozumiał wszystko, co dotyczy jego i mnie.
Anzelmus czuł się tak, jakby go ta wdzięczna, słodka postać objęła i otuliła sobą tak całkowicie, że tylko z nią razem mógł się poruszać, tylko jej pulsu rytmy drżały w jego tkankach, w jego nerwach; wsłuchiwał się w każde jej słowo, co dźwięczało mu aż gdzieś w głębi duszy i jak promień świetlisty wzniecało błogość niebiańską. Otoczył ramieniem jej smukłe, bardziej niż smukłe ciało, ale mieniąca się, lśniąca materia jej szaty była tak gładka, tak śliska, że zdało mu się, iż ona może, wyrwawszy mu się szybko, wyśliznąć się niepowstrzymanie — i zadrżał na tę myśl.
— Ach, nie opuszczaj mnie, słodka Serpentyno! — zawołał mimo woli — tyś tylko życiem moim!
— Dziś nie uczynię tego — rzekła Serpentyna — póki ci nie opowiem wszystkiego, co w twojej miłości ku mnie zdołasz zrozumieć. A więc dowiedz się, ukochany, że mój ojciec pochodzi z dziwnego rodu Salamandrów i że ja zawdzięczam swe istnienie jego miłości do zielonego węża. Kiedyś, w praczasach królował w cudownej krainie, Atlantydzie, potężny książę-duch, Fosforus, któremu służyły duchy pierwotne. Pewnego razu Salamander, którego lubił nad wszystkie inne (to był mój ojciec), przechodził przez wspaniały ogród, przepięknie przystrojony najpiękniejszymi darami matki Fosforusa, i słyszał, jak wysoka lilia śpiewała tak cichymi dźwięki: „Przymknij mocno oczęta, zanim cię zbudzi wiatr ranny, ukochany mój”. Zbliżył się; owiana jego palącym tchnieniem lilia roztworzyła swe liście, a wtedy zobaczył córkę lilii, zielonego węża, co spała w jej kielichu. I oto ogarnęła Salamandra gorąca miłość do pięknego węża i porwał ją lilii, której zapachy na próżno wołały po całym ogrodzie, w niewymownych skargach, za ukochaną córką. Albowiem Salamander zaniósł ją do zamku Fosforusa i prosił go: „Daj mi zaślubić ukochaną, niechaj moją będzie na wieki”.
„Niebaczny, czego żądasz! — rzekł książę-duch — wiedz, że lilia była ongi moją i panowała ze mną: ale iskra, którą w nią tchnąłem, groziła jej zgubą i tylko zwycięstwo nad czarnym smokiem, którego teraz duchy ziemi trzymają związanego w łańcuchach, ocaliło lilię, dało jej liściom moc zamknięcia w sobie tej iskry i przechowania jej. Ale skoro obejmiesz zielonego węża, żar twój przepali jej ciało i nowa istota, szybko poczęta, uleci od ciebie”.