Salamander nie zważał na przestrogę księcia; pełen palącego pożądania chwycił zielonego węża w ramiona, kochanka rozpadła się w popiół, a skrzydlata istota z popiołu tego zrodzona zaszumiała przez powietrze, uleciała. Wtedy ogarnęło Salamandra szaleństwo rozpaczy — i popędził przez ogród, ciskając ogień i płomienie, i niszczył go w dzikiej wściekłości, że najpiękniejsze rośliny i kwiaty upadły przepalone, a jęk ich napełnił przestrzenie.

Straszliwie zagniewany książę-duch chwycił w zapalczywości swojej Salamandra i rzekł: „Wyszalał twój ogień, zagasły twoje płomienie, zbladły twoje promienie, zstępuj do duchów ziemi, niechaj drwią z ciebie i szydzą, i trzymają w niewoli, póki nie rozpali się znowu materia ognista i nie wypromieniuje z ziemi z tobą razem, jako z nową istotą”.

Nieszczęsny Salamander zapadł się, zgasł, ale na to podszedł stary, mrukliwy duch ziemi, który był ogrodnikiem Fosforusa, i rzekł: „Panie! — któż by mógł bardziej skarżyć się na Salamandra niż ja? Czyż nie przystroiłem moimi najpiękniejszymi metalami wszystkich tych pięknych kwiatów, które on spalił? Czyż nie chroniłem, nie pielęgnowałem dzielnie ich zalążków, czy nie roztrwoniłem na nie niejednej pięknej barwy? A jednak ujmuję się za biednym Salamandrem, którego tylko miłość (ty sam, o panie, często jej ulegałeś) doprowadziła do niszczycielskiej rozpaczy. Złagodź mu zbyt ciężką karę!”

„Ogień jego na teraz zagasnął — rzekł książę-duch. — Rozpali się w nieszczęśliwym czasie, kiedy mowa przyrody nie będzie już zrozumiała dla zwyrodniałego rodzaju ludzkiego, kiedy duchy pierwotne, wygnane w odległe krainy, tylko z dali najdalszej głuchymi dźwiękami przemawiać będą do ludzi, kiedy wytrąconemu z kręgu harmonii tylko tęsknota bezmierna przypominać będzie o pełnym cudów królestwie, w którym ongiś przebywał, gdy jeszcze wiara i miłość mieszkały w jego sercu — w tym nieszczęśliwym czasie na nowo rozpali się materia ognista Salamandra, ale w poczęciu swoim stanie się on tylko człowiekiem i będzie musiał pogrążyć się zupełnie w nędzę życia, znosić jego udręki. Ale ma być mu zachowaną nie tylko pamięć o jego pierwotnym pochodzeniu; ożyje on także w świętej harmonii z całą przyrodą, rozumieć będzie jej cuda, a moc bratnich duchów będzie mu podległa. Odnajdzie wtedy znowu w liliowym krzewie zielonego węża, a owocem jego zaślubin z nią będą trzy córki, które ludziom pojawią się w postaci matki. Na wiosnę zawisną one na ciemnym krzaku bzu i dźwięczeć będą swoimi lubymi, kryształowymi głosami. Jeżeli znajdzie się wtedy, w owym żałosnym, nędznym czasie zatwardziałej nieczułości dusz, młodzieniec, który ich śpiew zrozumie — i nie dość — jeżeli jeden z wężyków spojrzy nań swymi wdzięcznymi oczami, jeżeli spojrzenie to wznieci w młodzieńcu przeczucie dalekiej, cudownej krainy, ku której mógłby się wznieść odwagi pełen, gdyby zrzucił z siebie brzemię prostackiej powszedniości, jeżeli wraz z miłością do węża zrodzi się w nim żywa gorąca wiara w cuda przyrody i zarazem we własne swoje istnienie wśród tych cudów — to wąż będzie jego. Ale nie pierwej, aż znajdzie się trzech takich młodzieńców, którzy poślubią trzy córki, będzie mógł Salamander odrzucić swe ciężkie brzemię i wrócić do braci swoich”.

„Pozwól, o panie — rzekł duch ziemi — że ofiaruję każdej z tych trzech córek dar, który uświetni życie z przeznaczonym mężem. Każda otrzyma ode mnie garnek z najpiękniejszego metalu, jaki posiadam; wypoleruję go promieniami, które wezmę diamentom; całe nasze państwo pełne cudów, tak jak istnieje ono teraz, w harmonii z całą przyrodą, odbijać się ma przepychem olśniewających blasków w zwierciadle jego błyszczącej powierzchni; a w chwili zaślubin wykwitnie z jego wnętrza lilia płomienista, której wiecznotrwały kwiat słodkimi zapachami otoczy wybranego młodzieńca. Wnet wtedy zrozumie on mowę tego kwiatu i cuda naszego świata, i sam zamieszka z ukochaną w Atlantydzie”.

— Wiem już teraz bardzo dobrze, drogi Anzelmusie, że ojciec mój jest właśnie tym Salamandrem, o którym ci opowiedziałam. Musiał on, pomimo wyższości swej natury, poddać się najdrobniejszym troskom powszedniego życia i stąd może pochodzi jego zgryźliwy nieraz humor, jakim obdarza niektórych. Często powtarzał mi, że na określenie właściwości duchowych, jakich książę-duch Fosforus wymagał, stawiając to jako warunek poślubienia mnie i moich sióstr, istnieje teraz wyrażenie, jednak zbyt często nadużywane w nieprzyzwoity sposób, nazywa się to mianowicie duszą dziecięcą i poetyczną. Dusze takie znaleźć można nieraz u młodzieńców, których pospólstwo wyśmiewa za prostotę ich obyczajów i za to, że brak im zupełnie tak zwanej ogłady światowej. Ach, drogi Anzelmusie, tyś przecie zrozumiał pod bzowym krzakiem mój śpiew, moje spojrzenie. Ty kochasz zielonego węża. Ty wierzysz we mnie i chcesz być moim na wieki! Piękna lilia wykwitnie ze złotego garnka i będziemy, połączeni, żyli razem szczęśliwie i błogo w Atlantydzie.

— Ale nie mogę przed tobą ukrywać, że we wstrętnej walce Salamandrów z duchami ziemi, czarny smok wyrwał się i z chrzęstem umknął w powietrzne przestwory. Wprawdzie Fosforus znowu trzyma go w więzach, ale z jego czarnych piór, które posypały się podczas walki na ziemię, zrodziły się wrogie duchy, te wszędzie stają przeciw Salamandrom i duchom ziemi. Owa kobieta, która ci jest tak nieprzyjazną i która, jak to ojciec mój wie doskonale, dąży do zawładnięcia złotym garnkiem, zawdzięcza swe istnienie miłości jednego takiego pióra, co wyleciało ze skrzydła smoka, do jakiegoś buraka. Zna ona swe pochodzenie i swą siłę: albowiem z jęków i drgawek pojmanego smoka przeniknęła tajemnicę niektórych czarodziejskich konstelacji i używa wszelkich środków, aby działać z zewnątrz na duszę, podczas gdy mój ojciec zwalcza ją piorunami, strzelającymi z Salamandrowego wnętrza. Ona zbiera wszystkie złe pierwiastki, mieszkające w szkodliwych ziołach i trujących zwierzętach, mieszając je przy sprzyjających konstelacjach wytwarza pewne złośliwe zmory, które napełniają duszę człowieka zgrozą i przerażeniem i oddają go w moc demonów, przez zwyciężonego w walce smoka spłodzonych. Strzeż się tej starej, drogi Anzelmusie, ona jest twoim wrogiem, bo twoja dziecięco niewinna dusza zniweczyła już niejeden z jej złych czarów. Wiernym bądź miłości twej — wnet już osiągniesz cel!

— O moja, moja Serpentyno! — zawołał student Anzelmus — jakżebym mógł cię opuścić, jakżebym mógł ciebie nie kochać wiecznie!

Pocałunek zapłonął na jego ustach, obudził się jakby z głębokiego snu, Serpentyna znikła, wybiła szósta; uczuł ciężki wyrzut, że nie przepisał ani odrobiny, z niepokojem, co też na to powie archiwariusz, spojrzał na swoją kartkę i o dziwo! — przepisywanie tajemniczego rękopisu było pomyślnie doprowadzone aż do końca, a uważniej wpatrując się w znaki zrozumiał, że przepisał opowieść Serpentyny o jej ojcu, ulubieńcu księcia-ducha Fosforusa w cudownej krainie Atlantydzie.

Teraz wszedł archiwariusz Lindhorst w swoim białawoszarym płaszczu, w kapeluszu na głowie, z laską w ręku; spojrzał na zapisany przez Anzelmusa pergamin, zażył potężny niuch tabaki i rzekł z uśmiechem: