— Serpentyna! Weronika! — westchnął do siebie z cicha. Zapadł w głębokie rozmarzenie, ale registrator Heerbrand zawołał na cały głos:
— To jednak zadziwiający starzec, którego nikt nie rozgryzie, ten archiwariusz Lindhorst. No, jego zdrowie! Trąćmy się, panie Anzelmie!
Na to student Anzelmus zbudził się ze swoich snów i rzekł, trącając się z registratorem Heerbrandem:
— To wszystko dlatego, najszanowniejszy panie registratorze, że pan archiwariusz Lindhorst jest właściwie Salamandrem, który zniszczył w gniewie ogród księcia-ducha Fosforusa, bo opuściła go kochanka, zielony wąż!
— Co? Jak?! — zapytał konrektor Paulmann.
— Tak — mówił dalej student Anzelmus — i dlatego właśnie musi teraz być archiwariuszem królewskim i mieszkać tu, w Dreźnie, ze swoimi trzema córkami, ale te córki to po prostu trzy małe złotozielone wężyki, które wygrzewają się na słońcu w krzakach bzu, śpiewają uwodzicielsko i wabią młodzieńców jak syreny.
— Panie Anzelmie! Panie Anzelmie! — zawołał konrektor Paulmann — czy panu się w głowie przewróciło?! Dlaboga, co też pan plecie?
— On ma rację — wtrącił registrator Heerbrand — ten dziwny jegomość, ten archiwariusz, to przeklęty Salamander, co wyprztykuje z palców ogniste iskry, które mogą niejednemu wypalić dziury w płaszczu, jak żarząca hubka72. Tak, tak, masz rację, braciszku Anzelmie, a kto temu nie wierzy, ten mój wróg!
I tu registrator Heerbrand wyrżnął pięścią w stół, aż szklanki zabrzękły.
— Registratorze! coś pan, oszalał? — krzyknął rozzłoszczony konrektor. — Panie student! Panie student! Co pan za hece znowu urządza?!