— Ach! — odpowiedział student. — Z pana to także nic innego, tylko ptak puchacz, który peruki fryzuje, panie konrektorze!

— Co? Ja ptak, puchacz, fryzjer?! — krzyknął konrektor w najwyższej pasji. — Panie, pan jesteś wariat, wariat!

— Ale ta stara załazi mu dobrze za skórę — zawołał registrator Heerbrand.

— Tak, stara jest potężna — wtrącił student Anzelmus — chociaż niższego pochodzenia; bo jej tata to zwyczajny śmieć, obszarpane pióro do zamiatania kurzu; a jej mama to nędzna buraczyna, a całą swoją siłę zawdzięcza ona rozmaitym nienawistnym kreaturom, jadowitemu łajdactwu, które ją otacza.

— To jest obrzydliwe oszczerstwo! — zawołała Weronika z oczyma rozbłysłymi gniewem — stara Elżbieta jest mądrą niewiastą, a czarny kot żadną tam jakąś nienawistną kreaturą, ale wykształconym, dobrze wychowanym młodzieńcem i jej cousin germain73.

— A czy on mógłby pożreć Salamandra, nie opalając sobie brody i nie ginąc marnie? — rzekł registrator Heerbrand.

— Nie, nie! — krzyknął student Anzelmus — ani teraz, ani nigdy tego nie potrafi! A zielony wąż mnie kocha, bo ja jestem duszą dziecięcą i zobaczyłem oczy Serpentyny.

— Które kot wydrapie! — zawołała Weronika.

— Salamander, Salamander poskromi ich wszystkich! Wszystkich! — zagrzmiał konrektor Paulmann w najwyższej wściekłości. — Ale czy ja jestem w domu wariatów?! Czy ja sam zwariowałem?! Co ja za obłąkane głupstwa wygaduję?! Tak, jestem także wariat, także wariat!

Tu konrektor Paulmann skoczył, zerwał z głowy perukę i cisnął nią o sufit, aż zachrzęściły zgniecione loki i zupełnie zepsute, rozluźnione, sypnęły na wszystkie strony chmurami pudru. Wtedy student Anzelmus i registrator Heerbrand chwycili za wazę z ponczem, za szklanki, i krzycząc radośnie, triumfalnie, rzucali je w sufit, aż trzaskające skorupy dźwięcząc i brzęcząc przelatywały wszędy.