— Vivat74 Salamander! Pereat75, pereat wiedźma! Rozbijcie metalowe zwierciadło, wydrzyjcie kotu oczy! Ptaszki, ptaszki powietrzne, Eheu, Eheu, Evoe76, Salamander!
Tak wrzeszczeli i ryczeli wszyscy trzej, jeden przez drugiego, jak opętani. Frania uciekła stamtąd z płaczem, a Weronika leżała na sofie, zawodząc z żalu i bólu.
Wtem drzwi otworzyły się, wszystko raptem ucichło i wszedł jakiś mały człowiek w szarym płaszczyku. Twarz jego miała w sobie coś dziwacznie uroczystego, a pałąkowato zagięty nos, na którym tkwiły wielkie okulary, wyróżniał się znakomicie wśród wszystkich, kiedykolwiek widzianych nosów. Miał także tak osobliwą perukę, że wydawała się ona raczej czapką z pierza.
— Aj, witam pięknie, dobry wieczór! — zaskrzeczał ten śmieszny człowieczek — znajdę tu zapewne studenta, pana Anzelmusa? Najniższy ukłon od pana archiwariusza Lindhorsta, na próżno oczekiwał dziś pana Anzelmusa, ale kazał najuprzejmiej prosić, żeby jutro nie zapominać o zwykłej godzinie.
Po czym zawrócił ku drzwiom i wyszedł, wszyscy zobaczyli teraz doskonale, że ten uroczysty człowieczek był właściwie szarą papugą.
Pan konrektor Paulmann i pan registrator Heerbrand wybuchnęli śmiechem, który grzmiąco zahuczał w pokoju, a Weronika tymczasem jęczała i szlochała, jakby wijąc się w bólu bezmiernym, a studenta Anzelmusa dreszczem przeniknął obłęd wewnętrznego przerażenia, rzucił się bez pamięci ku drzwiom i popędził przez ulice. Mechanicznie odnalazł swoje mieszkanie, swój pokoik.
Wkrótce potem przyszła do niego spokojnie i przyjaźnie Weronika i zapytała, czemu ją tak dręczył po pijanemu i niech się wystrzega nowych przywidzeń, kiedy będzie pracował u archiwariusza Lindhorsta.
— Dobranoc, dobranoc, mój drogi przyjacielu — wyszeptała cicho Weronika i tchnęła pocałunek na jego usta.
Chciał ją wziąć w ramiona, lecz owa postać senna znikła — i oto zbudził się rześki i pokrzepiony.
Z całego serca śmiał się teraz ze skutków ponczu; ale myśląc o Weronice, czuł, że go przenika rozkoszne jakieś uczucie ukojenia.