— Jej tylko — mówił do siebie — mam do zawdzięczenia, żem się pozbył swoich niedorzecznych przywidzeń. Doprawdy, nie lepiej mi było niż temu, który myślał, że jest szklany, albo temu, który nie wychodził z pokoju w obawie, że go kury zjedzą, bo wyobraził sobie, że jest ziarnkiem jęczmienia. Gdy zostanę radca dworu, ożenię się bez namysłu z panną Paulmann i będę szczęśliwy.
W południe, kiedy przechodził przez ogród archiwariusza Lindhorsta, nie mógł się dosyć nadziwić, że mogło mu się to wszystko wydawać tak szczególne i cudowne. Nie widział teraz nic, oprócz zwykłych doniczkowych roślin, rozmaitych geranii, mirtów itp. Zamiast olśniewających, barwistych ptaków, które wyśmiewały się dawniej z niego, trzepotało się tylko tu i tam kilka wróbli, które podniosły niezrozumiały, nieprzyjemny wrzask, skoro zobaczyły Anzelmusa. Niebieski pokój wydał mu się również zupełnie inny i nie mógł zrozumieć, jak mogła mu się choć na chwilę podobać jego jaskrawa niebieska barwa oraz nienaturalne złote pnie drzew palmowych z bezkształtnymi, błyszczącymi liśćmi.
Archiwariusz spojrzał nań z całkiem szczególnym, ironicznym uśmiechem i zapytał:
— No, i jakże panu smakował wczorajszy poncz, drogi Anzelmie?
— Ach, panu z pewnością już papuga... — odpowiedział student bardzo zawstydzony; ale urwał, bo znowu przyszło mu na myśl, że pojawienie się papugi było zapewne również złudzeniem odurzonych zmysłów.
— Ach, ja sam byłem przecież w tym towarzystwie — wtrącił archiwariusz Lindhorst — czyś mnie pan nie widział? Ale wobec tych wariackich wybryków, których się dopuszczaliście, a które mogły mnie mocno uszkodzić, bo siedziałem właśnie wtedy jeszcze w wazie, kiedy registrator Heerbrand chwycił za nią, aby nią rzucić o sufit, musiałem szybko zrejterować77 w główkę od fajki konrektora. A teraz adieu, panie Anzelmie! Bądź pan pilnym, zapłacę bitego talara również za wczorajszy opuszczony dzień, boś pan dotychczas tak dzielnie pracował.
— Jakżeż ten archiwariusz może bajać takie wariackie androny! — rzekł do siebie student Anzelmus i zasiadł przy stole, aby rozpocząć przepisywanie rękopisu, który archiwariusz rozpostarł przed nim jak zwykle. Ale na rulonie pergaminu zobaczył tak wiele wijących się bezładnie kropek, zakrętów, mącących wzrok, nie dających żadnego punktu oparcia, że wydało mu się prawie niemożliwym przemalować dokładnie to wszystko. A całość rękopisu robiła takie wrażenie, jakby pergamin był po prostu porysowanym przeróżnymi żyłkami marmurem albo też kamieniem przez muchy popstrzonym.
Nie zważając na to, chciał zrobić, co tylko było w jego mocy, i śmiało zanurzył pióro w kałamarzu; ale atrament nie chciał zupełnie spływać, strzepnął niecierpliwie pióro — i, o nieba! Wielki kleks upadł na rozłożony oryginał. Z sykiem i szumem wypadła z tego kleksa błękitna błyskawica i z trzaskiem przewiła się wężowo przez pokój aż pod powałę. Na to wykwitły ze ścian gęste dymy, liście zaczęły szumieć, jakby wstrząsane przez burzę, i z wnętrza ich runęły na dół migotliwe bazyliszki wśród błyskających płomieni, zapalając te dymy, tak że trzeszczące masy ognia kłębiły się wkoło Anzelmusa. Złote pnie drzew palmowych stały się olbrzymimi wężami, które z prze raźliwym, metalicznym dźwiękiem sczepiły swoje ohydne głowy, a łuską pokrytymi ciałami owinęły Anzelmusa.
— Szaleńcze! Ponieśże teraz karę za to, coś uczynił w bezczelnym zuchwalstwie!
Tak zagrzmiał straszliwy głos ukoronowanego Salamandra, który zjawił się nad wężami, jak oślepiający promień wśród płomieni, i teraz rozwarte ich paszcze miotały na Anzelmusa kaskady ognia, a te strumienie ognia zgęszczały się wokół jego ciała, stając się zwartą lodową masą. A gdy tak, kurcząc się coraz bardziej, drętwiały, tężały członki Anzelmusa, przytomność go opuściła.