Zegarmistrz i astronom, natychmiast po znalezieniu orzecha Krakatuka, zawiadomili o tym stolicę. Wydano zaraz odpowiednie rozkazy i kiedy nasi podróżnicy przybyli do stolicy ze swym niezawodnym środkiem na odzyskanie urody, zebrało się tam już wielu dorodnych młodzianów, a nawet kilku książąt, którzy dowierzając swoim zdrowym zębom, chcieli podjąć próbę odczarowania księżniczki.
Wysłannicy przerazili się na widok Pirlipaty. Drobniutki tułów z małymi rączkami uginał się pod ciężarem wielkiej i nieforemnej głowy. Brzydotę twarzy potęgowała biała, bawełniana broda okalająca usta i podbródek. Wszystko złożyło się tak, jak to przewidział nadworny astronom w swej przepowiedni. Jeden za drugim podchodziły żółtodzioby i łamały sobie zęby i szczęki o orzech Krakatuka, nie przynosząc tym najmniejszej ulgi księżniczce; każdy z nich, wynoszony przez dentystów, wzdychał bliski zemdlenia:
— To był twardy orzech do zgryzienia.
A kiedy król z rozpaczą w sercu obiecał córkę i królestwo temu, kto odczaruje księżniczkę, wystąpił grzeczny i delikatny syn Krzysztofa Zachariasza Droselmajera i poprosił o pozwolenie przystąpienia do zawodów. Żaden z młodzieńców nie podobał się księżniczce Pirlipacie tak, jak syn tokarza lalek. Przycisnęła do serca swoje drobne rączki i westchnęła głęboko:
— Ach, gdyby to on rozgryzł orzech Krakatuka i został moim mężem!
Młody Droselmajer złożył grzeczny ukłon królowi i królowej, a także księżniczce Pirlipacie, wziął z rąk najwyższego mistrza ceremonii orzech Krakatuka, włożył go między zęby, pociągnął mocno za warkocz i — krach! — skorupa rozpadła się na drobne kawałki. Zgrabnie oczyścił jądro orzecha z przylegającej skórki i z dworskim ukłonem podał je królewnie; potem zamknął oczy i począł się cofać.
Księżniczka natychmiast połknęła orzech i — o, cudzie! — cała brzydota znikła, a na miejscu potworka stała dziewica anielskiej urody, o twarzy jak gdyby utkanej z płatków lilii i róży, o wspaniałych błękitnych oczach i pysznych złocistych włosach. Głosy trąb i bębnów zmieszały się z okrzykami radości wznoszonymi przez tłum. Król, a z nim cały dwór, tańczył w kółko na jednej nodze, jak w dniu, w którym urodziła się Pirlipata, a królową musiano pokropić wodą kolońską, bo z radości i zachwytu wpadła w omdlenie.
Głośny hałas zmieszał nieco młodego Droselmajera, który odliczył kroki, lecz zdołał się jeszcze opanować. Właśnie wysunął w tył prawą nogę, by uczynić siódmy krok, gdy nagle z odrażającym piskiem wyskoczyła ze szpary Mysibaba, a Droselmajer, który w tej chwili właśnie miał stąpnąć na podłogę, przydeptał Misibabę i potknął się tak nieszczęśliwie, że o mało nie upadł.
O, losie straszliwy! Piękny młodzieniec przekształcił się nagle w takiego samego potwora, jakim była przed chwilą księżniczka Pirlipata! Tułów jego, drobny i wiotki, zaledwie mógł utrzymać wielką bezkształtną głowę z ogromnymi, wypukłymi oczami i szeroko rozdziawionymi ustami. Zamiast warkocza zwisał mu z ramion wąski, drewniany płaszczyk połączony mechanizmem z dolną szczęką.
Zegarmistrz i astronom przerazili się straszliwie, ale po chwili spostrzegli, jak Mysibaba wiła się w kałuży krwi na podłodze. Złośliwość jej została ukarana, bo młody Droselmajer tak mocno nadepnął na nią końcem swojego pantofla, że wyzionęła ducha. W lęku przedśmiertnym piszczała i kwiczała żałośnie: