Panna de Scudéry, której także niezmiernie zależało na tym, aby klejnoty, jeśli to tylko możliwe, najrychlej powróciły do rąk prawowitego posiadacza, uważała, że należy od razu zawiadomić mistrza dziwaka, iż nikt nie żąda od niego pracy, a jedynie jego sądu o klejnotach. Markiza uznała to za słuszne. Posłano po Cardillaca; po upływie kilku chwil wszedł do pokoju, jak gdyby już był się znajdował w drodze.

Wydawał się zakłopotany, skoro spostrzegł pannę de Scudéry. I jak ktoś, kto, dotknięty nagle jakimś niespodziewanym ciosem, zapomina o nakazanych przez chwilę zwyczajach uprzejmości — skłonił się najpierw głęboko i z uszanowaniem przed tą czcigodną damą, potem dopiero zwrócił się do markizy. Ona, wskazując klejnoty błyszczące na ciemnozielonym nakryciu stołu, zaczęła natarczywie pytać, czy to jego dzieło. Cardillac zaledwie na nie spojrzał; potem wpatrując się błędnie w twarz markizy, włożył spiesznie bransolety i naszyjnik do stojącej obok szkatułki i gwałtownie odsunął od siebie. Brzydki uśmiech przemknął po jego zaczerwienionej twarzy, gdy zaczął mówić:

— Istotnie, pani markizo, tylko ktoś, kto by źle znał dłuto René Cardillaca, mógłby przez chwilę choćby przypuścić, że jakikolwiek inny w świecie złotnik potrafiłby stworzyć takie dzieło. Niewątpliwie jest to moja praca.

— Więc powiedz pan, dla kogo stworzyłeś te kosztowności?! — pytała dalej markiza.

— Dla mnie samego — odparł Cardillac. — Możecie w to wątpić, ale tak jest istotnie — ciągnął dalej, widząc zdziwienie na twarzy pani de Maintenon i panny de Scudéry, z których pierwsza patrzyła nań z niedowierzaniem, druga dręczona smutnym oczekiwaniem, jak się sprawa zakończy. — Tak, tylko w tym celu, aby wykonać piękne dzieło, zebrałem moje najwspanialsze kamienie i pracowałem gorliwiej i staranniej niż kiedykolwiek. Niedawno klejnoty te w niepojęty sposób zniknęły z mej pracowni.

— Bogu dzięki! — wykrzyknęła panna de Scudéry i z błyszczącymi radością oczyma, szybko i zwinnie jak młoda dziewczyna, zerwała się z krzesła, podeszła do Cardillaca i położyła mu na barkach obie dłonie. — Odbierzcie, mistrzu René — rzekła — waszą własność, skradzioną przez niegodnych zbrodniarzy!

Potem opowiedziała mu dokładnie, jaką drogą klejnoty dostały się w jej ręce.

Cardillac wysłuchał wszystkiego w milczeniu, ze spuszczonymi oczami. Tylko chwilami wyrywały się z jego piersi niezrozumiałe dźwięki: — Hm! Tak? Ej! Ho, ho! — To zakładał ręce na plecy, to gładził się lekko po brodzie i po twarzy.

Kiedy wreszcie panna de Scudéry skończyła opowiadać, stał dalej w milczeniu, jak gdyby walczył z jakąś niezwykłą myślą, która go podczas opowiadania opanowała, jak gdyby nie mógł powziąć jakiegoś zamiaru i wykonać go. Pocierał czoło, wzdychał, to znowu przesuwał dłonią po oczach, aby powstrzymać cisnące się łzy. Wreszcie pochwycił szkatułkę, którą mu panna de Scudéry podawała, upadł na kolana i przemówił:

— Tobie, zacna, czcigodna pani, przeznaczył los te klejnoty. Teraz dopiero wiem naprawdę, że podczas pracy myślałem o tobie, że pracowałem dla ciebie. O, nie pogardź, pani, tymi klejnotami, może najwspanialszymi, jakie od dłuższego czasu stworzyłem; przyjm je ode mnie i noś!