— Ej, ej! — odpowiedziała panna de Scudéry żartobliwie — co sobie pan wyobrażasz, mistrzu René? Czyż przystoi mi, w moim podeszłym wieku, stroić się w tak świetne kamienie? I czymże zasłużyłam na to, abyś mnie tak po królewsku obdarzał? Daj spokój, daj spokój, mistrzu René! Gdybym była tak piękną, jak markiza de Fontanges, i bogatą, w istocie, nie wypuściłabym z rąk tego skarbu. Ale na co się przyda próżny przepych tym zwiędłym ramionom, ta błyszcząca ozdoba osłoniętej szyi?

Cardillac podniósł się tymczasem, jak nieprzytomny, z dzikim wzrokiem ciągle podawał szkatułkę pannie de Scudéry.

Ulituj się, pani, nade mną i przyjm te klejnoty! Nie uwierzysz, jak głęboką cześć żywię w sercu dla twojej cnoty, dla twoich wielkich zasług. Przyjm mój skromny podarunek i niech ci się wydaje, że chcę ci tym moje najskrytsze uczucia udowodnić.

Gdy panna de Scudéry jeszcze ciągle zwlekała z postanowieniem, markiza de Maintenon wzięła szkatułkę z rąk Cardillaca i rzekła:

— Na miły Bóg, ciągle mówisz, pani, o swoim podeszłym wieku. Co nas, mnie i panią, obchodzą lata i ich ciężary? I czyż nie postępujesz, pani, jak wstydliwa młoda dziewczyna, która chętnie sięgnęłaby po podany jej zakazany owoc, gdyby mogła to uczynić nie poruszając palcem? Nie odrzucaj prośby dzielnego mistrza René i przyjm chętnie ten podarunek, którego tysiące innych nie mogłoby otrzymać za największe sumy, mimo próśb i błagań.

Równocześnie pani de Maintenon wcisnęła przemocą pannie de Scudéry szkatułkę do ręki. Cardillac rzucił się na kolana, zaczął całować kraj sukni i ręce panny de Scudéry — wzdychał, jęczał, płakał, wreszcie zerwał się i jak szalony wybiegł pospiesznie z pokoju, przewracając krzesła i stoliki, tłukąc szkło i porcelanę.

— Na Boga! — zawołała panna de Scudéry z przestrachem — co się dzieje z tym człowiekiem?

Ale markiza w niezwykle wesołym usposobieniu, graniczącym z obcą jej zwykle swawolą, rozśmiała się dźwięcznie i rzekła:

— Otóż to, droga pani! Mistrz René zakochał się w pani śmiertelnie i według przyjętego powszechnie obyczaju prawdziwej galanterii usiłuje podbić twe serce kosztownymi podarunkami.

I w dalszym ciągu snuła pani de Maintenon wesoły żart, zachęcając pannę de Scudéry, aby nie była zbyt srogą dla zrozpaczonego wielbiciela. Wreszcie panna de Scudéry, z natury bardzo wesoła, porwana jej tryskającym dowcipem, sama rzuciła się w wir tysiąca żartobliwych pomysłów. Zaczęła twierdzić, że wobec tego, jeśli tak się sprawa przedstawia, będzie musiała ulec i dać światu niesłychane widowisko siedemdziesięciotrzyletniej oblubienicy złotnika, pochodzącej z nieposzlakowanego szlachetnego rodu. Pani de Maintenon ofiarowała się własnoręcznie uwić ślubny wianek i pouczyć ją o obowiązkach dobrej żony, o czym oczywiście taka „mała” naiwna dziewczynka nie może mieć wyobrażenia.