Skoro jednak panna de Scudéry powstała wreszcie, aby pożegnać się z markizą, pomimo całej tej wesołości i żartów spoważniała znowu, biorąc do ręki szkatułkę z klejnotami.
— A przecież — rzekła — nigdy nie będę mogła ubrać się w te klejnoty. Mimo wszystko były w rękach tych niegodziwych zbrodniarzy, którzy z szatańską bezczelnością, a może nawet w piekielnym związku z szatanem, rabują i mordują. Strach mnie przejmuje i wydaje mi się, że krew plami te błyszczące kosztowności. A i samo zachowanie się Cardillaca, przyznać muszę, wydało mi się dziwnie niesamowite i przerażające. Nie mogę się pozbyć niejasnego przeczucia, że poza tym wszystkim kryje się jakaś straszna, ponura tajemnica. I kiedy znów rozważam tę sprawę ze wszystkimi najdrobniejszymi szczegółami, nie mogę się w żaden sposób domyślić, w czym leży tajemnica i jak w ogóle poczciwy, dzielny mistrz René, wzór dobrego, pobożnego obywatela, mógłby uczynić coś złego, godnego potępienia. To jedno jest pewne, że nie odważę się nigdy włożyć na siebie tych klejnotów.
Markiza twierdziła, że panna de Scudéry zbyt poważnie pojmuje całą sprawę, ale gdy panna de Scudéry spytała ją, odwołując się do jej sumienia, jak postąpiłaby w podobnym położeniu, odparła głosem pewnym i stanowczym:
— Raczej wolałabym wrzucić klejnoty do Sekwany, niż włożyć je na siebie.
Zajście z mistrzem René dało pannie de Scudéry temat do pięknego utworu, który następnego dnia odczytała królowi w komnatach pani de Maintenon. Pisząc, umiała pokonać obawę tajemnych przeczuć i żywymi barwami skreśliła dowcipny obraz siedemdziesięciotrzyletniej oblubienicy złotnika, pochodzącej ze starożytnego szlacheckiego rodu. Król uśmiał się serdecznie i przysięgał, że Boileau-Despréaux znalazł swego mistrza, wskutek czego utwór panny de Scudéry uchodził za najdowcipniejszy, jaki kiedykolwiek napisano.
Przeminęło kilka miesięcy, przypadek zdarzył, że panna de Scudéry jechała w oszklonym powozie księżnej Montansier przez Pont Neuf. Piękne te, oszklone powozy były naówczas jeszcze nowością, toteż gdy który ukazał się na ulicy, tłum zbierał się licznie, aby go oglądać. I wtedy także tłum ludu otoczył na Pont Neuf powóz księżnej, tamując prawie drogę. Nagle panna de Scudéry usłyszała kłótnię i krzyki i zauważyła jakiegoś człowieka, który pięściami i rozdzielanymi dokoła uderzeniami torował sobie drogę przez zbitą masę ludzi. Skoro się zbliżył, oczy jej spotkały utkwiony w nią wzrok bladego młodzieńca o stroskanej twarzy. Młody człowiek, nie odwracając od niej oczu, przepychał się łokciami i pięściami, a gdy dopadł wreszcie drzwiczek powozu, szarpnął je gwałtownie i rzucił pannie de Scudéry na kolana zwiniętą kartkę. Potem, przepychając się znowu, bijąc i otrzymując uderzenia, zniknął tak, jak się pojawił.
Martinière, siedząca obok panny de Scudéry, zobaczywszy młodzieńca obok powozu, z okrzykiem przerażenia upadła zemdlona na poduszki. Na próżno panna de Scudéry ciągnęła za sznur i krzyczała na woźnicę, ten, jak gdyby opętany przez złego ducha, popędzał biczem konie, które spienione stawały dęba, znowu pędziły przed siebie, a wreszcie z hukiem przebiegły galopem przez most. Panna de Scudéry wylała flakonik trzeźwiącego płynu na zemdloną dziewczynę. Wtedy dopiero Martinière otworzyła oczy i przerażona, drżąca, kurczowo uczepiła się ręki swej pani. Trwoga i przerażenie malowały się na jej twarzy, z trudem tylko zdołała wyjąkać:
— Najświętsza Panno! Czego chciał ten straszny człowiek? Ach, to był ten sam, który wówczas w tę okropną noc przyniósł szkatułkę!
Panna de Scudery uspokoiła biedną dziewczynę, tłumacząc jej, że się nie stało nic złego — i że przede wszystkim trzeba się dowiedzieć, co kartka zawiera. Rozwinęła więc papier i znalazła te słowa:
Nieszczęsne przeznaczenie, które mogłabyś, Pani, odwrócić, pcha mnie w przepaść! Zaklinam Panią, jak syn matkę, której nie może porzucić, bo kocha ją najgorętszą miłością, abyś naszyjnik i bransolety z rąk moich otrzymane pod jakimkolwiek pozorem — czy to dla naprawy, czy zmiany jakiejś — odniosła mistrzowi Cardillacowi. Życie i zdrowie Pani zależy od tego. A jeżeli w ciągu dwóch dni nie zechcesz, Pani, tego uczynić, wedrę się do Twego mieszkania i w Twoich oczach odbiorę sobie życie!