— Teraz nie można wątpić — rzekła panna de Scudéry, przeczytawszy list — że czy ten tajemniczy człowiek należy istotnie do bandy niegodziwych opryszków i rabusiów, czy nie, wobec mnie nie ma złych zamiarów. Gdyby mu się było udało wówczas w nocy pomówić ze mną, może wyjaśniłoby się to dziwne zdarzenie, może zdołałabym odsłonić tajny związek spraw, którego obecnie na próżno szukam w głębi mej duszy i którego nie mogę nawet przeczuwać! Ale bez względu na to, jak się sprawa przedstawia, uczynię, co list poleca, chociażby dlatego tylko, by pozbyć się tego nieszczęsnego daru, który mnie samej wydaje się piekielnym talizmanem złego. Cardillac nie wyda go pewnie łatwo z rąk, kierując się swymi dawnymi nawyknieniami.
Zaraz następnego dnia postanowiła panna de Scudéry pójść z klejnotami do złotnika. Ale wszystkie artystyczne natury z całego Paryża jak gdyby zmówiły się, aby tego właśnie ranka zasypywać ją poematami, tragediami, anegdotami. Zaledwie la Chapelle skończył czytać scenę swej tragedii i zapewnił chytrze, że zamierza tym dziełem zwyciężyć Racine’a, gdy nadszedł sam Racine i przewyższył go patetyczną mową jakiegoś króla; potem zaś Boileau wyrzucał w czarne tragiczne niebo swe świetlane kule, chcąc uniknąć rozmowy o kolumnadach Louvre’u, w którą wplątał go miłośnik architektury doktor Pérrault.
Zeszło tak do późnego południa; panna de Scudéry musiała spieszyć do księżny Montansier i dlatego musiała także wizytę u mistrza René Cardillaca odłożyć do dnia następnego.
Ustawicznie czuła w duszy jakiś szczególny niepokój. Ciągle stał jej przed oczyma ów młodzieniec, a w najskrytszych głębiach duszy poczęło się budzić jakieś niejasne wspomnienie, że widziała już kiedyś tę twarz i te rysy. Straszne sny budziły ją co chwilę; wydało się jej, że w lekkomyślny a nawet karygodny sposób zaniechała sposobności, aby dopomóc nieszczęśliwemu, który, spadając w przepaść, wyciągał ku niej dłonie; wydawało się jej, że w jej mocy było zapobiec jakiemuś zgubnemu zdarzeniu, straszliwej zbrodni.
Chociaż było jeszcze wcześnie rano, kazała się ubrać i zabrawszy szkatułkę z klejnotami, pojechała do złotnika.
Ku ulicy Nicaise, tam, gdzie mieszkał Cardillac, spieszyły tłumy ludu, zbierały się przed domem, krzyczały, wrzeszczały, chciały się wedrzeć do wnętrza, a policja konna, ustawiona wkoło domu, z trudem tylko mogła powstrzymać tłoczących się. W dzikim, pomieszanym wrzasku słychać było gniewne głosy: — Rozszarpać, zabić tego niegodziwego zbrodniarza!
Wreszcie pojawił się Desgrais z liczniejszą strażą, która utorowała przejście wśród zbitego tłumu. Drzwi domu otwarły się, straż wyprowadziła z nich człowieka zakutego w kajdany i poczęła wlec go przez ulicę, wśród najstraszliwszych złorzeczeń rozwścieczonego tłumu.
W tej samej chwili gdy panna de Scudéry, dręczona trwogą i strasznym przeczuciem, to spostrzegła, doszedł do jej uszu głośny okrzyk rozpaczy.
— Naprzód, dalej! — krzyczała, prawie nieprzytomna, na woźnicę, który, skręciwszy szybko i zręcznie wśród zbitego tłumu, zdołał wreszcie ruszyć i po chwili zatrzymał konie przed domem Cardillaca.
Panna de Scudéry spostrzegła tutaj Desgrais’go, a u nóg jego młodą, przepiękną dziewczynę, półubraną, z rozpuszczonymi włosami. Na twarzy dziewczęcia malował się dziki przestrach i beznadziejna rozpacz, objęła kolana Desgrais’go i wołała głosem pełnym śmiertelnego bólu: