La Regnie przyjął pannę de Scudéry z wielkim szacunkiem, do którego czcigodna dama, poważana przez samego króla, słusznie mogła sobie rościć pretensje. Spokojnie wysłuchał wszystkiego, co opowiadała o strasznym wypadku, o stosunkach Oliwiera z mistrzem i o jego charakterze. Uśmiechał się nieznacznie, prawie ironicznie, jak gdyby dowodząc tym, że obficie poparte łzami zapewnienia panny de Scudéry i jej upomnienia, aby sędzia nie był wrogiem obwinionego, lecz zważał bacznie na wszystko, co na jego korzyść przemawia — nie odbiły się bez wrażenia o jego uszy. A gdy wreszcie panna de Scudéry, zupełnie wyczerpana, umilkła i ocierała łzy, le Regnie rzekł:

— Odpowiada to zupełnie szlachetnym uczuciom pani, że wzruszona łzami młodej, zakochanej dziewczyny, wierzysz we wszystko, co opowiada, co więcej, że nie jesteś, pani, zdolna pojąć motywów tego strasznego występku. Inaczej jednak patrzy na te sprawy sędzia, przyzwyczajony zdzierać osłony ze śmiałych wykrętów. Nie mogę przed każdym, kto mnie o to zapyta, rozwijać całego przebiegu procesu kryminalnego. Pani! wypełniam obowiązki i mało mnie obchodzi sąd świata. Zbrodniarze powinni drżeć przed Chambre ardente, nie znającą innej kary prócz krwi i stosu. Ale nie chciałbym, abyś mnie, pani, uważała za potwora surowości i okrucieństwa. Dlatego pozwól, pani, że kilkoma słowami wytłumaczę ci krwawy czyn młodego zbrodniarza, który — niebu niech będą dzięki — nie uniknie kary. Bystry umysł pani sam wtedy zaniecha tej dobroci, która przynosi pani zaszczyt, mnie jednak wcale nie przystoi.

A zatem:

Znaleziono rano mistrza René Cardillaca, zamordowanego pchnięciem sztyletu. Był przy nim tylko jego pomocnik Oliwier Brusson i córka. W pokoju Oliwiera między innymi znaleziono sztylet, splamiony świeżą krwią, odpowiadający dokładnie zadanej ranie. Oliwier twierdzi, że Cardillaca zamordowano w nocy w jego obecności. „Czy chciano go obrabować?” „Tego nie wiem.” „Szedłeś z nim i nie zdołałeś stawić zbrodniarzowi oporu, przytrzymać go, zawołać o pomoc?” „Mistrz szedł piętnaście, może dwadzieścia kroków przede mną; ja postępowałem za nim z dala.” „Ale dlaczego?” „Takie było życzenie mistrza.” „Co w ogóle mógł robić René Cardillac na ulicy o tak późnej godzinie?” „Tego nie wolno mi powiedzieć.” „Przecież zwykle nie wychodził nigdy z domu wieczorem po godzinie dziewiątej?” Tutaj Oliwier milknie, zdradza pomieszanie, wzdycha, płacze, przysięga na wszystko, co święte, że Cardillac rzeczywiście wyszedł owej nocy i został zamordowany.

A teraz niech pani pilnie uważa. Stwierdzono z najzupełniejszą pewnością, że Cardillac nie wychodził z domu owej nocy; więc twierdzenie Oliwiera, że rzeczywiście razem z nim wyszedł, jest bezczelnym kłamstwem. Drzwi domu są zaopatrzone w ciężki zamek, przy otwieraniu i zamykaniu powstaje przenikliwy szmer; oprócz tego odrzwia domu poruszają się w zawiasach z przykrym zgrzytem, który, jak sprawdziliśmy sami, nawet na najwyższym piętrze domu rozlega się donośnym echem. Na najniższym piętrze, tuż przy samej bramie, mieszka stary mistrz, nazwiskiem Klaudiusz Patru, ze swoją służącą, która liczy sobie około osiemdziesięciu lat, ale mimo to jest ochocza i ruchliwa. Obie te osoby słyszały, jak Cardillac owego wieczoru, zgodnie z codziennym zwyczajem, zszedł ze schodów, skoro wybiła dziewiąta, zamknął i zatarasował drzwi z wielkim hałasem, potem wrócił na górę, przeczytał głośno modlitwę wieczorną, a wreszcie, jak można było wnioskować z zamykania drzwi, udał się do sypialni.

Klaudiusz cierpi na bezsenność, jak zwykle starzy ludzie. I owej nocy także nie mógł zmrużyć oka. Dlatego służąca zgasiła światło w kuchni, do której droga prowadzi przez sień domu, poszła do pokoju swego pana, usiadła przy stole z jakąś starą kroniką i zaczęła czytać. Starzec, zagłębiony w myślach, już to siedział na swym wygodnym fotelu, już to wstawał i chodził cicho i powoli tu i tam po pokoju, aby zmęczywszy się móc zasnąć. Aż do północy było cicho i spokojnie. Wtedy usłyszeli nad sobą szybkie, głośne kroki, głuchy łomot, jak gdyby jakiś ciężar runął na ziemię, a zaraz potem stłumione jęki. Oboje opanowała jakaś niezwykła trwoga i zaniepokojenie. Dreszcz straszliwego czynu, spełnionego w tej samej chwili, przebiegł ich ciała. Z brzaskiem dnia wystąpiło na jaw to, co się ukrywało w ciemnościach.

— Ale, na wszystkie świętości — przerwała panna de Scudéry — czyż wobec tych wszystkich okoliczności, jakie dopiero co dokładnie przedstawiłam, możesz pan się domyślić, co było powodem tej ohydnej zbrodni?

— Hm — odrzekł la Regnie — Cardillac nie był ubogi, posiadał wspaniałe klejnoty.

— Wszakże wszystko miała odziedziczyć jego córka. Zapominasz pan, że Oliwier miał zostać zięciem Cardillaca.

— Może musiał się podzielić; może tylko dlatego mordował, aby inni odnieśli z tego korzyść — odparł la Regnie.