Z rozdartym sercem, zniechęcona do całego świata, chciałaby nie żyć już dłużej na świecie, tak pełnym szatańskiej złości. Skarżyła się na przeznaczenie, które, jak gdyby szydząc z niej gorzko, pozwoliło jej żyć tak długo i umocnić w sobie wiarę w cnotę i dobro, a teraz w późnym wieku niszczyło piękny obraz, przyświecający jej przez całe życie.

Usłyszała, jak Martinière wyprowadzała Madelon płaczącą i skarżącą się cicho:

— Ach... i ją także... i ją także przeciągnęli na swoją stronę ci okrutni!... O, ja nieszczęśliwa!... Biedny, biedny Oliwier.

Słowa te wdzierały się gwałtownie do duszy panny de Scudéry. Na nowo zaczęło się w niej budzić niejasne przeczucie tajemnicy, wiara w niewinność Oliwiera. Miotana rozmaitymi sprzecznymi uczuciami, odchodząc od zmysłów, zawołała:

— Jakiż duch piekielny zaplątał mnie w tę straszną sprawę, która mnie w końcu do śmierci doprowadzi!

W tej samej chwili wszedł Baptysta, zbladły i przerażony donosząc, że Desgrais czeka przed domem. Od ohydnego procesu trucicielki Voisin pojawienie się Desgrais’go w czyimś domu było nieomylnym zwiastunem jakiegoś ciężkiego oskarżenia. Stąd też podchodził strach Baptysty. Widząc to, panna de Scudéry zapytała z łagodnym uśmiechem:

— Co się z tobą dzieje, Baptysto? Nieprawdaż, nazwisko de Scudéry znalazło się także na liście trucicielki?

— Ach, na miłość Boga — odparł Baptysta, drżąc na całym ciele — jak pani możesz mówić coś takiego! Ale Desgrais, ten straszny Desgrais zachowuje się tak tajemniczo, tak natarczywie; wydaje się, że nie może się doczekać chwili, kiedy panią zobaczy.

— Więc, Baptysto, wprowadź go szybko — rzekła panna de Scudéry. — Wprowadź tego człowieka, który wydaje ci się tak straszny, a który we mnie nie budzi najmniejszej obawy.

— Prezydent la Regnie przysyła mnie tu do pani — rzekł Desgrais, skoro wszedł do pokoju — z pewną wielką prośbą. Nie spodziewałby się wcale spełnienia, gdyby nie znał twej cnoty i odwagi, gdyby ostatni środek wydobycia na jaw krwawego czynu nie leżał w twoich rękach, gdybyś, pani, nie była się już wmieszała w ten straszny proces, który trybunałowi i nam wszystkim dech w piersiach zapiera. Oliwier Brusson oszalał prawie, odkąd panią zobaczył. Dawniej skłaniał się już do zeznań, teraz na nowo zaklina się na Boga i wszystkich świętych, że nie jest winien śmierci Cardillaca, aczkolwiek chętnie poniósłby śmierć, na którą i tak zasłużył. Zauważ, zacna pani, że ten ostatni zwrot odnosi się zapewne do innych ciążących na nim zbrodni! Ale na próżno usiłujemy wydobyć z niego choćby jedno słowo więcej, nawet groźba tortury nie odniosła żadnego skutku. Błaga, zaklina nas, abyśmy mu umożliwili rozmowę z panią; tylko pani, tylko pani samej chce wyznać wszystko. Zdecyduj się, zacna pani, wysłuchać Oliwiera Brusson!