— Jak to? — zawołała panna de Scudéry z oburzeniem — więc mam zostać pomocniczką krwawego trybunału, mam zdradzić zaufanie nieszczęśliwego człowieka i zaprowadzić go na rusztowanie? Nie, panie Desgrais, chociażby Brusson był najniegodziwszym zbrodniarzem, nie mogłabym podejść go tak podstępnie. Nic nie chcę wiedzieć z jego tajemnic, które musiałabym zamknąć w mej piersi, jak święte wyznanie przy spowiedzi.

— Może zmienisz to zapatrywanie, zacna pani — odrzekł Desgrais z niewidocznym prawie uśmiechem — skoro wysłuchasz Oliwiera Brusson. Wszak sama prosiłaś, pani, prezydenta, aby był ludzkim. Czyni temu zadość, godząc się na nieuzasadnione żądanie Brussona, i próbuje ostatnich środków, zanim użyje tortury, która już dawno czeka na niego.

Panną de Scudéry wstrząsnął dreszcz.

— Otóż — ciągnął dalej Desgrais — nikt nie żąda i nie przypuszcza, abyś pani chciała raz jeszcze wejść do tego ponurego przybytku, który napełnia cię przerażeniem i wstrętem. Wśród ciszy nocnej, bez zwrócenia czyjejkolwiek uwagi sprowadzę Oliwiera Brussona do domu pani, jak wolnego człowieka. Nie podsłuchiwany przez nikogo, a mimo to dobrze strzeżony, będzie mógł wyznać pani wszystko bez żadnego przymusu. Że nie potrzebujesz się pani niczego obawiać ze strony tego niegodziwca, za to ręczę moim własnym życiem. Zresztą mówi o pani z głębokim uwielbieniem. Przysięga, że tylko ponure przeznaczenie, które nie pozwoliło mu zobaczyć się wcześniej z panią, wtrąciło go w tę przepaść. A z tego, co Brusson powie, możesz pani przecież powtórzyć to tylko, co ci się będzie podobało. Nikt nie może przymusić pani do niczego.

Panna de Scudéry spuściła oczy i zamyśliła się głęboko. Wydawało się jej, że musi być posłuszna wyższej mocy, która żądała od niej rozwiązania jakiejś ponurej tajemnicy; wydawało się jej, że nie może się już wydobyć z dziwacznych powikłań, w które zaplątała się bez własnej woli. Nagle powzięła postanowienie i rzekła z godnością:

— Bóg da mi siłę i wytrwałość. Przyprowadźcie Oliwiera! Pomówię z nim!

Tak jak wówczas, gdy Brusson przyniósł szkatułkę z klejnotami, o północy zapukano do bramy domu panny de Scudéry. Baptysta, uwiadomiony wcześniej o nocnych odwiedzinach, otworzył drzwi.

Zimny dreszcz przebiegł ciało panny de Scudéry, skoro z cichych kroków, ze stłumionego szmeru wywnioskowała, że strażnicy, którzy przyprowadzili Brussona, rozchodzą się po krużgankach domu.

Wreszcie drzwi pokoju otwarły się cicho. Wszedł Desgrais, a za nim Oliwier Brusson, bez więzów, w porządnym ubraniu.

— Oto Brusson! — rzekł Desgrais, skłonił się z uszanowaniem i wyszedł z pokoju.