Brusson upadł przed panią de Scudéry na kolana, podniósł błagalnie złożone ręce, a obfite łzy popłynęły z jego oczu.
Panna de Scudéry pobladła i wpatrywała się w niego, nie mogąc wyrzec ani słowa. Nawet w tych zmienionych, strawionych bólem i troską rysach, na tej twarzy młodzieńczej malował się wyraz dobroci i cnoty. Im dłużej patrzyła na twarz Brussona, tym żywiej wstawało w jej duszy wspomnienie jakiejś drogiej osoby, której nie mogła sobie dokładnie przypomnieć. Zapomniała o wstręcie i strachu, zapomniała, że klęczy przed nią morderca Cardillaca. Cichym głosem, brzmiącym spokojną życzliwością, przemówiła:
— No, Brussonie, co pragniesz mi powiedzieć?
On, ciągle jeszcze klęcząc, westchnął głęboko, boleśnie, i rzekł:
— O moja dobra, moja zacna pani, czyż nawet ślad wspomnienia o mnie nie pozostał w twej duszy?
Panna de Scudéry, przyglądając mu się uważnie, odpowiedziała, że w istocie znajduje w jego rysach podobieństwo do jakiejś drogiej jej osoby. Tylko temu Oliwier może zawdzięczać, że pokonała wielki wstręt do mordercy i wysłucha go spokojnie. Brusson, dotknięty boleśnie tymi słowami, powstał szybko i utkwiwszy w ziemię ponury wzrok, cofnął się. Po chwili rzekł stłumionym głosem:
— Czy zapomniałaś, pani, już całkiem o Annie Guiot? Stoi przed tobą jej syn Oliwier, ten sam, którego jako chłopca tylekroć kołysałaś na kolanach.
— O, Boże! — krzyknęła panna de Scudéry i zakrywając twarz rękami, upadła na poduszki.
Panna de Scudéry nie bez powodu wzruszyła się tak bardzo. Anna Guiot była córką zubożałego mieszczanina. Od najwcześniejszej młodości wychowywała się w domu panny de Scudéry, która jak matka, troskliwie i z miłością, opiekowała się ulubionym dzieckiem. Skoro dziewczyna dorosła, zaczął się starać o jej rękę przystojny, cnotliwy młodzieniec, nazwiskiem Klaudiusz Brusson. Ponieważ był zręcznym zegarmistrzem i łatwo mógł znaleźć chleb i zarobek w Paryżu, a Anna kochała go także serdecznie, panna de Scudéry nie namyślała się długo, lecz chętnie zgodziła się wydać za mąż swą wychowankę. Młodzi ludzie urządzili sobie przyjemne mieszkanie, żyli spokojnie i szczęśliwie, a łączący ich węzeł zacisnął się jeszcze silniej, gdy przyszedł na świat przepiękny chłopiec, wierny portret uroczej matki.
Panna de Scudéry ubóstwiała małego Oliwiera. Na długie godziny, na dnie całe wydzierała go matce, aby go pieścić i bawić. Chłopiec przyzwyczaił się do niej bardzo i równie chętnie przebywał w jej domu, jak u matki. Po trzech latach jednak stosunki się zmieniły. Zazdrość towarzyszów pracy doprowadziła Brussona do nędzy, roboty mniej było z dniem każdym; wreszcie zaledwie mógł wyżywić siebie i rodzinę. Do nędzy przyłączyła się jeszcze tęsknota za piękną Genewą, rodzinnym miastem. Mała rodzina przeniosła się tam wreszcie, chociaż panna de Scudéry sprzeciwiała się żywo temu projektowi i przyrzekała wszelką możliwą pomoc. Kilkakrotnie Anna pisała jeszcze do swej opiekunki, potem umilkła; panna de Scudéry musiała pogodzić się z myślą, że szczęśliwe życie w ojczyźnie Brussona zatarło wspomnienie chwil dawniej przeżytych.