Teraz właśnie minęło dwadzieścia trzy lata, odkąd Brusson z żoną i dzieckiem opuścił Paryż i wyjechał do Genewy.
— O, jakie to straszne! — zawołała panna de Scudéry, ochłonąwszy nieco. — Więc to ty jesteś, Oliwierze?... ty, syn mojej Anny?... teraz?!...
— Tak, czcigodna pani — odpowiedział Oliwier spokojnie i stanowczo — nie mogłaś się zapewne spodziewać, że chłopiec, którego pieściłaś jak najtroskliwsza matka, którego kołysałaś na kolanach, karmiąc ustawicznie łakociami, którego wołałaś najsłodszymi imionami, że ten sam chłopiec, gdy wyrośnie na młodzieńca, stanie przed tobą oskarżony o krwawą zbrodnię. Nie jestem wolnym od winy. Chambre ardente słusznie może mnie pociągać do odpowiedzialności za występek. Ale jak pragnę zbawienia, chociażbym nawet miał zginąć z ręki kata, nie cięży na mnie krew; nie z moich rąk, nie z mojej winy zginął nieszczęsny Cardillac.
Oliwier, wypowiedziawszy te słowa, zaczął drżeć i zachwiał się. Panna de Scudéry w milczeniu wskazała mu niskie krzesło, które stało obok. Powoli usiadł.
— Miałem dość czasu — zaczął mówić — by przygotować się do tej rozmowy, którą uważam za najwyższą łaskę miłosiernego Boga. Uspokoiłem się i opanowałem dostatecznie, aby opowiedzieć pani historię mojego strasznego, niewysłowionego nieszczęścia. Zrób mi pani tę łaskę i wysłuchaj spokojnie, aczkolwiek odkrycie tajemnicy, której z pewnością nie przeczuwałaś, przerazi cię i napełni wstrętem!
O, gdyby mój biedny ojciec nie był nigdy opuszczał Paryża! Jak daleko sięgają moje wspomnienia z Genewy, przypominam sobie, że płakałem prawie ciągle, wskutek ciągłego smutku stroskanych rodziców, którego przyczyny nie pojmowałem wówczas. Później odczuwałem już i rozumiałem dokładnie ten dotkliwy brak, tę głęboką nędzę, w jakiej żyli moi rodzice. Wszystkie nadzieje zawiodły mojego ojca. Przygnieciony, udręczony smutkiem, umarł w tejże samej chwili, gdy udało mu się znaleźć mi miejsce u złotnika. Matka zawsze mówiła wiele o pani, nieraz chciała się przed panią uskarżyć, ale potem znowu nędza odbierała jej otuchę. To, a także fałszywy wstyd, który nieraz dręczy zranione dusze, powstrzymywały ją od tego zamiaru. W kilka miesięcy po śmierci ojca i ona poszła do grobu.
— Biedna, biedna Anna! — zawołała panna de Scudéry, pogrążona w smutku.
— Chwała i dzięki niech będą wiecznej potędze nieba, że już umarła i nie zobaczy pod toporem kata głowy ukochanego syna, napiętnowanej hańbą! — krzyknął głośno Oliwier, rzucając dokoła dzikie spojrzenia.
Na zewnątrz pokoju odezwał się niespokojny szmer, słychać było kroki i tu, i tam.
— Ho, ho! — rzekł Oliwier z gorzkim uśmiechem — Desgrais budzi swoich pachołków, jak gdybym mógł stąd uciec! Lecz słuchaj pani dalej! Mistrz mój obchodził się ze mną szorstko, chociaż pracowałem ze wszystkich sił, a w końcu przewyższyłem go nawet znacznie w doskonałości. Zdarzyło się, że kiedyś przyszedł do naszej pracowni pewien cudzoziemiec, aby kupić jakieś klejnoty. Skoro zobaczył piękny naszyjnik mojej roboty, poklepał mnie z zadowoleniem po plechach i spoglądając na klejnoty rzekł: „Ej, ej, mój młody przyjacielu, to znakomita robota. Nie wiem, czy ktoś mógłby ci dorównać, prócz René Cardillaca, który bez wątpienia jest najlepszym złotnikiem świata. Do niego powinien byś się udać; z chęcią przyjąłby cię do swego warsztatu, mógłbyś mu dopomóc w niejednej kunsztownej robocie, a i niemało się od niego nauczyć.” Słowa cudzoziemca utkwiły mi głęboko w duszy. Nie mogłem się uspokoić, coś przemocą ciągnęło mnie w dal. Wreszcie udało mi się uwolnić od dotychczasowego mistrza.