Przybyłem do Paryża. René Cardillac przyjął mnie chłodno i szorstko. Nie zrażałem się tym; prosiłem, aby mi dał jakąkolwiek pracę, chociażby najmniej znaczną. Kazał mi zrobić mały pierścionek. Gdy go wykończyłem i odniosłem, spojrzał na mnie płomiennymi oczyma, jak gdyby chciał mnie przejrzeć do wnętrza. Potem rzekł:
„Jesteś dobrym, dzielnym pracownikiem. Możesz się wprowadzić do mnie i pomagać mi w pracy. Zapłacę ci sowicie, będziesz zadowolony.”
Cardillac dotrzymał słowa.
Przez kilka tygodni już byłem w jego domu, a nie widziałem jeszcze Madelon, która przebywała wówczas, jeśli się nie mylę, na wsi u jakiejś ciotki Cardillaca. Nareszcie przybyła. O, wieczna potęgo nieba! co się ze mną działo, skoro ujrzałem tego anioła! Czy kiedykolwiek jakiś człowiek kochał tak bardzo jak ja?... A teraz... O Madelon!
Oliwier nie mógł dalej mówić ze wzruszenia. Obiema rękami zakrył twarz i szlochał gwałtownie. Po chwili dopiero pokonał straszną boleść, która go nagle opanowała, i mówił dalej:
— Madelon patrzyła na mnie łaskawym okiem. Coraz częściej poczęła przychodzić do pracowni. Z zachwytem spostrzegłem, że mnie kocha. Chociaż ojciec bacznie nas śledził, niejedno skryte uściśnienie dłoni było dowodem zawartego związku serc. Zdawało się, że Cardillac nie domyśla się niczego. Zamierzałem pozyskać najpierw jego względy, a potem, po uzyskaniu świadectwa mistrzowskiego, oświadczyć się o jej rękę.
Pewnego dnia, kiedy miałem zabrać się do pracy, stanął Cardillac przede mną z gniewem i pogardą w oku.
„Nie potrzebuję więcej twojej pracy — rzekł — precz z mego domu w tej chwili i nie pokazuj mi się nigdy więcej na oczy! Nie potrzebuję ci chyba mówić, dlaczego nie mogę cię dłużej znosić. Dla ciebie, marnego nędzarza, za wysoko ten owoc, po który sięgasz.”
Chciałem odpowiedzieć, ale chwycił mnie silnie i wyrzucił za drzwi tak, że upadłem i zraniłem głowę i ramię. Wzburzony, z sercem rozdartym, wyszedłem z domu i znalazłem wreszcie na najdalszym końcu przedmieścia Saint-Martin dobrego przyjaciela, który mnie przyjął na swe poddasze.
Nie miałem spokoju ni wytchnienia. W nocy krążyłem koło domu Cardillaca, spodziewając się, że Madelon usłyszy moje skargi i westchnienia, że może uda mi się pomówić z nią przez okno. Najrozmaitsze zuchwałe plany krzyżowały się w moim umyśle, a spodziewałem się, że potrafię ją namówić do wykonania ich.