Do domu Cardillaca na ulicy Nicaise przytyka wysoki mur z framugami, we wnętrzu których są umieszczone stare, na wpół zniszczone posągi kamienne. Pewnej nocy stoję tuż przy jednym z tych posągów i patrzę w okna, które wychodzą na podwórze, właśnie tym murem zamknięte. Wtem spostrzegam światło w pracowni Cardillaca. Jest północ — nigdy jeszcze Cardillac nie czuwał o tej godzinie; zawsze z uderzeniem godziny dziewiątej udawał się na spoczynek. Serce moje drgnęło niejasnym przeczuciem, przypuszczałem, że zaszedł jakiś wypadek, który może ułatwi mi wstęp do domu.
Wtem światło znika znowu. Wciskam się we framugę, przysuwam do posągu, nagle jednak odskakuję przestraszony, czując nacisk ze strony przeciwnej, jak gdyby posąg się ożywił. W mroku nocnym dostrzegam, że kamień obraca się powoli, spoza niego wymyka się jakaś ponura postać i cichymi krokami idzie przez ulicę. Dobiegam do posągu — stoi jak przedtem, tuż przy samym murze. Nieświadomie, jakby pchany jakąś tajemną mocą, skradam się za idącą przede mną postacią. Pod obrazem Matki Boskiej odwraca się; pełny blask lampy, płonącej przed obrazem, pada na jego twarz. To Cardillac! Owłada mną jakaś niepojęta trwoga, tajemne przeczucie. Jak gdyby pozbawiony woli czarodziejskim zaklęciem, muszę iść dalej, coraz dalej, za tym upiornym wędrowcem. Bo uważałem wówczas mistrza Cardillaca za lunatyka, aczkolwiek księżyc, który zwykle oszołamia i wiedzie za sobą śpiących, nie był w pełni. Wreszcie Cardillac znika w głębokich ciemnościach. Słysząc ciche, znane mi pochrząkiwanie, wnioskuję, że wszedł do bramy domu. „Co to ma znaczyć? co zamierza uczynić?” — zapytuję sam siebie, pełen zdziwienia, i czaję się pod murem domu.
Po niedługiej chwili, śpiewając i pogwizdując, zbliża się jakiś człowiek z błyszczącym pióropuszem, z brzęczącymi ostrogami. Cardillac wypada na niego ze swej kryjówki, jak tygrys na łup, i w tej samej chwili przechodzący charcząc pada na ziemię. Podbiegam ku niemu z okrzykiem przerażenia; Cadillac pochyla się nad leżącym na ziemi. „Co robisz, mistrzu Cardillac?” — wołam głośno. „Przekleństwo!” — krzyczy Cardillac, odbiega z szybkością błyskawicy i znika w ciemności.
Prawie bez zmysłów, zaledwie mogąc postąpić naprzód, zbliżam się do trupa i pochylam się nad nim. Może — myślę — można go jeszcze uratować. Ale nie mogę znaleźć ani śladu życia. Przerażony śmiertelnie, nie spostrzegłem nawet, że tymczasem otoczyła mnie policja konna. „Znowu kogoś zabili! He, he! młodzieńcze, co tu robisz? Może także należysz do tej bandy? Pójdź no ptaszku!”
Takie pomieszane okrzyki brzmiały koło mnie, wreszcie strażnicy pochwycili mnie. Ledwie mogłem wyjąkać, że nie byłbym zdolny do tak ohydnej zbrodni i że powinni puścić mnie spokojnie. Wtem jeden z nich przybliża światło do mojej twarzy i woła wesoło: „Wszak to Oliwer Brusson, złotnik, pomocnik naszego dzielnego i zacnego mistrza René Cardillaca. Czyżby on mordował ludzi na ulicach? Zupełnie na to wygląda. To właśnie obyczaj morderców, że jęczą nad trupem zamordowanego i pozwalają się schwytać! No, opowiedz, chłopcze, jak się to stało? Mów prędko i śmiało!” „Tuż przede mną — odpowiadam — rzucił się na niego jakiś człowiek i powalił go na ziemię, a kiedy krzyknąłem, uciekł z błyskawiczną szybkością. Chciałem się przekonać, czy nie można by uratować napadniętego”. „Nie, mój synu — rzekł jeden z tych, którzy podnieśli zwłoki — on już nie żyje. Sztylet przebił samo serce, tak jak zawsze.” „Do diabła — rzekł inny — przyszliśmy znowu za późno, jak przedwczoraj.” Po tych słowach oddalili się, zabierając trupa.
Nie potrafię opowiedzieć, co się ze mną działo. Zdało mi się, że lada chwila się przebudzę i sam będę się dziwić tej szalonej mrzonce. Jak to? Cardillac, ojciec mojej drogiej Madelon, ohydnym zbrodniarzem! Bez sił upadłem na kamienne schody domu. Świt coraz bardziej rozjaśniał mroki. Przede mną na kamieniach leżał kapelusz oficerski, bogato ozdobiony piórami. Przypomniał mi się dokładnie krwawy czyn Cardillaca, spełniony na tym samym miejscu, gdzie siedziałem. Miotany przestrachem uciekłem stamtąd.
Dręczony najrozmaitszymi myślami, prawie obłąkany, siedziałem w mojej izdebce na poddaszu. Nagle drzwi się otwierają i wchodzi René Cardillac. „Na miłość Boską! Czego chcesz tutaj?” — krzyczę, widząc go. On, nie zważając na to, podchodzi ku mnie uśmiechnięty, ze spokojem i uprzejmością, która powiększyła jeszcze mój wewnętrzny wstręt ku niemu. Przysuwa sobie stare, połamane krzesło, siada na nim, a ja nie zdołałem się nawet podnieść z barłogu, na którym leżałem. „Cóż, Oliwierze — mówi — jak ci się powodzi, mój biedny chłopcze? W istocie obszedłem się z tobą niewłaściwie, wypędzając cię z domu. Ciągle mi ciebie brakuje. Mam teraz pracę, której nie mogę wykończyć bez twojej pomocy. I cóż? Nie miałbyś ochoty powrócić do mojej pracowni? Milczysz? Tak, wiem, że cię obraziłem. Nie potrzebuję ukrywać przed tobą, że rozgniewałem się na ciebie za miłostki z moją córką. Ale później rozmyśliłem się i nabrałem przekonania, że wobec twojej zręczności i pilności nie mogę sobie życzyć lepszego od ciebie zięcia. Chodź więc ze mną i staraj się pozyskać względy i rękę mojej Madelon!” Słowa Cardillaca raniły mi serce. Wzdrygnąłem się przed jego złością, nie mogłem słowa wymówić. „Ociągasz się? — zaczął mówić ostrym tonem, przeszywając mnie spojrzeniem. — Ociągasz się? Może musisz dzisiaj jeszcze inne sprawy załatwić i dlatego nie możesz iść ze mną. Może chcesz odwiedzić Desgrais’go albo żądać posłuchania u d’Argensona lub la Regnie’go. Uważaj, chłopcze, żeby pazury, które chcesz wyciągnąć na zgubę innych ludzi, nie pochwyciły i nie rozdarły ciebie samego!” Wtedy dopiero wybuchnęło moje wzburzone uczucie: „Tylko ty sam — zawołałem — spełniwszy tak straszne czyny, powinieneś się obawiać tych nazwisk, które wymieniłeś! Ja tego nie potrzebuję, mnie one nic nie obchodzą.” „Właściwie, Oliwierze — mówił dalej Cardillac — jest zaszczytem dla ciebie, że pracujesz u mnie, najsławniejszego mistrza dzisiejszych czasów. A przy tym powszechnie szanują mnie z powodu prawości i cnoty, więc każde podłe oszczerstwo spadłoby ciężko na głowę samego oszczercy. A co się tyczy Madelon, muszę ci wyznać, że jej tylko zawdzięczasz moje ustępstwa. Kocha cię z gwałtownością, jakiej nie mogłem nawet przypuścić, znając jej delikatną naturę. Skoro tylko odszedłeś, rzuciła mi się do nóg, objęła za kolana i zalewając się łzami, wyznała, że nie może żyć bez ciebie. Myślałem zrazu, że tylko wmawia w siebie miłość, jak to zwykle młode dziewczęta, które zaraz chcą umierać, gdy jakiś gołowąs mile na nie spojrzy. Ale w istocie Madelon przybladła, rozchorowała się, a kiedy starałem się wytłumaczyć jej to szaleństwo, tysiąckrotnie powtarzała jako odpowiedź twoje imię. Cóż więc miałem uczynić, aby zapobiec jej rozpaczy? Wczoraj w nocy przyrzekłem jej, że zgadzam się na wszystko i że dzisiaj cię przyprowadzę. Dowiedziawszy się o tym, przez jedną noc rozkwitła jak róża i czeka teraz na ciebie, dręczona miłosną tęsknotą.” Niech wieczysta potęga niebios przebaczy mi to, co zrobiłem. Sam nie wiem, jakim sposobem znalazłem się nagle w domu Cardillaca, a Madelon powitała mnie głośnymi okrzykami radości: „Oliwier — mój Oliwier — mój kochanek — mąż, mąż!”, rzuciła mi się na szyję, objęła ramionami, przycisnęła silnie do piersi. Uniesiony nadmiarem szczęścia, przysiągłem na Najświętszą Pannę i na wszystkich świętych, że jej nigdy, nigdy nie opuszczę!
Oliwier zamilkł, wzruszony wspomnieniem tych rozstrzygających chwil życia. Panna de Scudéry, oburzona zbrodnią człowieka, którego uważała za wzór cnoty i prawości, wykrzyknęła:
— Jakie to straszne! Więc René Cardillac należy do bandy, która nasze spokojne miasto zmieniła w jaskinię rabunku?
— O jakiej bandzie mówisz, pani? — zapytał Oliwier. — Nigdy nie istniała żadna banda. To sam René Cardillac, niestrudzony w zbrodniczej działalności, w całym mieście szukał ofiar i umiał je znaleźć. Tego, że to on sam był tylko, dowodzi pewność, z jaką przeprowadzał swe niegodne plany, dowodzi ta straszna trudność wykrycia jakiegokolwiek śladu zbrodniarza. Ale pozwól mi, pani, mówić dalej; przebieg opowiadania wyjaśni ci tajemnicę najniegodziwszego a zarazem najnieszczęśliwszego z ludzi.