Każdy łatwo może sobie wyobrazić moje położenie, skoro powróciłem do mistrza. Stało się; nie mogłem się cofnąć. Chwilami wydawało mi się, że sam zostałem wspólnikiem morderstw Cardillaca, tylko miłość ukochanej Madelon pozwalała mi zapomnieć o wewnętrznych wyrzutach, które mnie ustawicznie dręczyły, tylko przy niej udawało mi się zatrzeć zewnętrzne ślady bezmiernego cierpienia. Gdy pracowałem z Cardillakiem w jednym pokoju, nie mogłem mu spojrzeć w oczy, ledwie mogłem wyrzec jakieś słowo; wstrząsała mną groza w pobliżu tego człowieka, który pozornie spełniał wszystkie obowiązki wiernego, troskliwego ojca i zacnego obywatela, a w ciemnościach nocy ukrywał takie występki. Madelon, to pobożne, anielskie dziecko, ubóstwiała go i była do niego ogromnie przywiązana. Dreszcz przenikał moje serce na myśl, że biedna Madelon stanie się łupem najstraszniejszej rozpaczy, gdy kiedyś niegodziwego zbrodniarza spotka zasłużona kara. Już to samo zamykało mi usta, chociażbym nawet miał za to jako zbrodniarz odpokutować śmiercią.

Aczkolwiek z uwag policji wiele mogłem wywnioskować, zbrodnie Cardillaca, ich przyczyna i sposób, w jaki je popełniał, były dla mnie zagadką. Niedługo potrzebowałem czekać na jej rozwiązanie.

Pewnego dnia Cardillac przyszedł do pracy bardzo poważny i zagłębiony w myślach, aczkolwiek zwykle miał najlepszy humor, śmiał się i żartował, czym potęgował jeszcze mój wstręt. Nagle odrzucił na bok klejnot, nad którym pracował — kamienie i perły rozsypały się na wszystkie strony — a potem zerwał się gwałtownie i rzekł: „Słuchaj, Oliwierze, takie stosunki nie mogą dłużej między nami panować. Nie potrafię tego dłużej znosić. Czego nie mogła osiągnąć najpodstępniejsza chytrość Desgrais’go i jego pachołków, to ślepy przypadek oddał tobie w ręce. Ujrzałeś mnie przy mojej nocnej pracy, do której pcha mnie moja zła gwiazda. Nie mogę się oprzeć. Twoja zła gwiazda powiodła cię w moje ślady, otuliła cię nieprzejrzystą zasłoną, dała lekkość i cichość twym stopom, że szedłeś niedosłyszalnie, prawie jak nie istniejąca istota. Twoja zła gwiazda sprawiła, że nie dostrzegłem cię, chociaż wśród najciemniejszej nocy widzę bystro jak tygrys, chociaż z daleka słyszę na ulicach każdy najmniejszy szmer, brzęk muchy niemal. Twoja zła gwiazda sprowadziła cię do mnie jako mojego wspólnika. Nie potrzebuję się obawiać zdrady z twojej strony wobec tego, co się stało. Dowiedz się zatem o wszystkim.” „Nigdy, przenigdy nie zostanę twoim wspólnikiem, obłudny zbrodniarzu!” — chciałem zawołać, ale zgroza, jaką przejęły mnie słowa Cardillaca, zacisnęła mi gardło i nie pozwoliła wymówić ani słowa. Zamiast słów wydobył się z mej piersi tylko jęk niezrozumiały. Cardillac usiadł znowu na krześle. Otarł pot z czoła. Wydawało się, że tylko z trudem może się opanować, poruszony do głębi wspomnieniami przeszłości. Wreszcie zaczął opowiadać: „Uczeni mówią wiele o szczególnych wrażeniach, jakim mogą ulegać kobiety przy nadziei, i o czarodziejskim wpływie takiego silnego, nieświadomego wrażenia na potomstwo. O mojej matce opowiadano mi niezwykłą historię. Nim przyszedłem na świat, matka moja, będąc w ciąży, przyglądała się wraz z wielu innymi kobietami świętej uroczystości dworskiej, urządzonej w Trianon. Wtem wzrok jej padł na młodzieńca w hiszpańskim stroju, ze wspaniałym, błyszczącym łańcuchem z klejnotów na szyi. Nie mogła od niego odwrócić oczu. Całą jej istotę przeniknęło pożądanie tych błyszczących kamieni, które wydały się jej nadziemskim dobrem. Tenże młodzieniec przed wielu laty, gdy moja matka nie była jeszcze zamężna, nastawał na jej cnotę, ale ze wstrętem został odepchnięty. Matka moja poznała go, ale teraz w blasku lśniących diamentów wydał jej się istotą nadziemską, kwintesencją wszelkiej piękności. Kawaler dostrzegł pożądliwe, ogniste spojrzenia mej matki. Sądził, że teraz będzie mieć więcej szczęścia niż poprzednio. Udało mu się zbliżyć do niej, co więcej, odciągnąć ją od znajomych i zwabić w ustronne miejsce. Tam namiętnie zamknął ją w ramionach, moja matka chwyciła za piękny łańcuch, ale w tejże chwili młodzieniec zachwiał się i upadł na ziemię, pociągając ją za sobą. Nie wiadomo, co mu się stało, jaka była tego przyczyna — padł nieżywy. Daremne były wysiłki mej matki, by się ze śmiertelnego uścisku zesztywniałych ramion trupa wyzwolić. Z utkwionym w nią pustym, pozbawionym wyrazu spojrzeniem zmarły toczył się z nią po ziemi. Przeraźliwy krzyk matki zwabił wreszcie z dali przechodniów, którzy wyzwolili ją z rąk okropnego kochanka.

Przestrach powalił matkę na łoże ciężkiej choroby. Wróżono i jej, i mnie śmierć; wyzdrowiała jednak, poród był szczęśliwszy, niż można się było spodziewać. Ale przestrach owej strasznej chwili odbił się na mnie. Wzeszła moja zła gwiazda i rzuciła skry, które rozpaliły we mnie dziwaczne i zbrodnicze namiętności. Już od najwcześniejszych lat dziecinnych podobały mi się nad wszystko błyszczące kamienie i złoto. Uważano to za zwykły pociąg dziecięcy. Ale z czasem okazało się, że to co innego. Jako chłopiec kradłem klejnoty i złoto, gdzie tylko mogłem je pochwycić. Jak najbardziej wprawny znawca rozróżniałem instynktownie fałszywe klejnoty od prawdziwych. Tylko prawdziwe pociągały mnie ku sobie, na sztuczne złoto i kamienie nie zwracałem wcale uwagi. Wrodzoną moją żądzę musiałem ukryć przed najsurowszymi karami ojca; aby więc bez przeszkody mieć ciągle do czynienia ze złotem i klejnotami, wstąpiłem na naukę do złotnika. Pracowałem z zapałem i wkrótce stałem się pierwszym mistrzem w tym zawodzie.

Wtedy zaczął się okres, w którym wrodzony popęd, tłumiony tak długo, wybuchnął wreszcie z całą gwałtownością i ustawicznie się zwiększał, zabijając wszystkie inne uczucia. Ilekroć wykończyłem i oddałem jakiś klejnot, opanowywał mnie niepokój, bezmierny smutek, odbierający mi sen, zdrowie, chęć do życia. Jak upiór stawała mi przed oczyma w dzień i w nocy osoba, dla której pracę wykonałem, ozdobiona moimi kosztownościami. Jakiś głos piekielny szeptał mi ciągle do ucha: To twoje, twoje, odbierz! Na co się zdadzą klejnoty umarłemu. Zacząłem kraść. Miałem wolny wstęp do domów magnackich. Korzystałem z każdej sposobności, żaden zamek nie mógł się oprzeć mojej zręczności, w przeciągu kilku chwil odzyskiwałem klejnot przeze mnie zrobiony.

Ale i to nie wystarczało, aby rozproszyć mój niepokój. Słyszałem ciągle ów tajemniczy głos, jak szydził ze mnie i wołał: Ho, ho! umarły nosi twoje klejnoty! Nie wiem, jak do tego doszło, ale zacząłem z czasem bezgranicznie nienawidzić każdego człowieka, dla którego wykonałem jakąś pracę. Tak. Wówczas już w najtajniejszych głębiach serca rodziła się z wolna ta żądza mordu, która mnie samego przeraża.

W owym czasie kupiłem ten dom. Po długim targu zgodziłem się na naznaczoną cenę, siedzieliśmy tutaj obaj z właścicielem, uradowani przeprowadzonym interesem, i piliśmy razem wino. Nadeszła noc, chciałem już odejść, gdy dawny właściciel domu rzekł:

— Mistrzu René, zanim pan odejdzie, muszę panu pokazać tajemnicę tego domu. — Mówiąc to, otworzył szafę w murze, odsunął tylną ścianę, a gdy weszliśmy do małego pokoiku, schylił się i otworzył małe, skryte drzwi. Zeszliśmy po wąskich, stromych schodach do bramki. Mój przewodnik otworzył ją i wyprowadził mnie na podwórze. Następnie podszedł do muru, przesunął nieznacznie tylko wystające żelazo, a w tej samej chwili obrócił się kawałek muru, otwierając przejście, przez które człowiek mógł wygodnie przesunąć się na ulicę. Możesz sam obejrzeć kiedyś to dowcipne urządzenie. Prawdopodobnie przebiegli mnisi klasztoru, który tu się niegdyś znajdował, kazali je sporządzić, aby móc się potajemnie wyślizgiwać i wślizgiwać. Jest to kawałek drzewa, z zewnątrz tylko otynkowany i pobielony, z drugiej strony wprawiono w niego posąg, także drewniany, ale wyglądający zupełnie jak z kamienia. I kłoda, i posąg obracają się na ukrytych zawiasach.

Kiedy zobaczyłem to urządzenie, w duszy mojej zrodziły się ponure myśli, zdawało mi się, że wszystko to jest przygotowane tylko w tym celu, aby ułatwić mi jakieś czyny, które dla mnie samego były jeszcze tajemnicą. Właśnie dla pewnego pana ze dworu wykończyłem i oddałem bogate ozdoby, które — wiedziałem o tym — były przeznaczone dla pewnej tancerki z opery. Śmiertelna męka nie ominęła mnie, upiór deptał mi po piętach, zły duch szeptał mi w ucho.

Wprowadziłem się do mojego nowego domu. Zlany krwawym potem, wiłem się bezsennie na łóżku. Oczyma duszy widziałem go, idącego z moimi klejnotami do tancerki. Nagle, dysząc wściekłością, zerwałem się, narzuciłem płaszcz, zeszedłem po tajemnych schodach, przez mur wydostałem się na ulicę Nicaise. On nadchodzi, rzucam się na niego, chwyciwszy go silnie z tyłu, wbijam mu sztylet w serce, klejnoty są moje, moje! Kiedy to uczyniłem, uczułem w duszy tak wielki spokój i zadowolenie, jak nigdy przedtem. Znikł dręczący mnie upiór, zamilkł głos szatana. Teraz wiedziałem, że tak chciała moja zła gwiazda, że musiałem iść za tym popędem lub zginąć.