Wiesz o tym, zacna pani, że mój zamiar nie powiódł się owej nocy. Mimo to nie traciłem nadziei, że innym razem pomyślniej go przeprowadzę. Tymczasem Cardillac utracił nagle wesołość. Chmurny błąkał się po domu, wpatrywał się błędnie przed siebie, mruczał niezrozumiałe słowa, machał rękami, jak gdyby broniąc się przed czymś, było widoczne, że jakieś złe myśli dręczą jego umysł. W ten sposób przepędził raz cały ranek. Wreszcie usiadł przy warsztacie, zerwał się znowu, wyjrzał przez okno i rzekł poważnie i ponuro: „Chciałbym, aby księżniczka angielska nosiła moje klejnoty!” Słowa te przeraziły mnie. Teraz wiedziałem już, że jego błędny duch znowu opanowany został przez ohydne upiory mordu, że głos szatana znowu rozbrzmiał w jego uszach. Przeczułem, że twemu życiu, zacna pani, grozi niebezpieczeństwo ze strony tego niegodziwca. Gdyby Cardillac odzyskał swe klejnoty, byłabyś, pani, uratowana. Niebezpieczeństwo rosło z każdą chwilą. Wtedy spotkałem cię, pani, na Pont Neuf; dotarłem do twojego powozu i wrzuciłem ową kartkę, w której zaklinałem cię, abyś otrzymane klejnoty natychmiast zwróciła do rąk Cardillaca. Nie przyszłaś. Skoro następnego dnia Cardillac nie mówił już o niczym więcej, tylko o tym, że kosztowne klejnoty przez całą noc stały mu przed oczyma, przerażenie moje zmieniło się w rozpacz. Byłem pewny, że mówi o klejnotach tobie, pani, niedawno ofiarowanych, byłem pewny, że przemyśla nad jakimś napadem morderczym, który zapewne zaraz najbliższej nocy przedsięweźmie. Musiałem cię uratować, zacna pani, chociażby miało się to stać za cenę życia Cardillaca.
Skoro Cardillac po modlitwie wieczornej zamknął się jak zwykle w swoim pokoju, wykradłem się przez okno, przecisnąłem się przez otwór w murze i przyczaiłem opodal w głębokim cieniu. Po niedługiej chwili wyszedł Cardillac i cicho zaczął się skradać przez ulicę. Pośpieszyłem za nim. Szedł w stronę ulicy Saint-Honoré; serce mi zadrżało. Nagle Cardillac mi zniknął. Postanowiłem stanąć przed twoimi drzwiami, zacna pani. Wtem nadchodzi, śpiewając i pogwizdując, tak samo jak wówczas, gdy przypadek odkrył przede mną zbrodnię Cardillaca, jakiś oficer i mija mnie, nie dostrzegłszy wcale. W tej samej chwili wypada z ukrycia ciemna postać i rzuca się na niego. To Cardillac! Chcę przeszkodzić tej zbrodni; z głośnym okrzykiem w kilku skokach podbiegam do walczących... Nie oficer... Cardillac upada jęcząc na ziemię, trafiony ciosem śmiertelnym. Oficer upuszcza sztylet, dobywa szpadę z pochwy i zajmuje obronne stanowisko, przypuszczając zapewne, że jestem wspólnikiem mordercy. Skoro jednak zobaczył, że staram się tylko podnieść ciało i nie troszczę się o niego, odbiegł szybko. Cardillac żył jeszcze. Podniosłem i schowałem sztylet, porzucony przez oficera, dźwignąłem ciało za ramiona i z trudem dowlokłem je do domu, a stamtąd tajemnym przejściem do pracowni.
Wiesz już, pani, co się dalej stało. Widzisz więc, co jest moim jedynym występkiem. Oto nie wydałem sądom ojca mojej Madelon i nie położyłem przez to kresu jego niegodziwościom. Nie cięży na mnie żadna krwawa wina. Ale żadna tortura nie wydrze z moich ust tajemnicy zbrodni Cardillaca. Nie chcę, aby wbrew woli odwiecznej potęgi, która ukryła przed cnotliwą córką krwawe czyny ojca, spadła na nią teraz cała nędza i niegodziwość przeszłości; nie chcę, aby karząca ręka ludzkiej sprawiedliwości wydobyła zwłoki ze świętej ziemi, która je przykrywa, aby kat napiętnował hańbą próchniejące kości. Nie... kochanka mojej duszy będzie mnie opłakiwała, jako niewinnie skazanego; czas złagodzi jej boleść. Rozpacz z powodu szatańskich niegodziwości ukochanego ojca byłaby stokroć większa, nie dająca się przeboleć!
Oliwier zamilkł. Nagle strumień łez wytrysnął z jego oczu, rzucił się do nóg pannie de Scudéry z błagalną prośbą:
— Jesteś pani przekonana o mojej niewinności. O tak, nie wątpię w to!... Ulituj się nade mną i powiedz, co się dzieje z biedną Madelon?
Panna de Scudéry przywołała służącą; po krótkiej chwili Madelon zawisnęła na szyi Oliwiera.
— Teraz już wszystko dobrze, skoro jesteś tutaj... Wiedziałam, że ta zacna, wspaniałomyślna pani uratuje cię! — Tak wołała raz po raz Madelon, a Oliwier zapomniał o swojej niedoli, o wszystkim, co mu groziło; był swobodny i szczęśliwy. Oboje opowiadali sobie rozczulającymi słowy, co musieli wzajemnie wycierpieć. Ciągle na nowo padali sobie w objęcia i płakali z radości, wywołanej spotkaniem.
Gdyby panna de Scudéry jeszcze dotąd nie była przekonana o niewinności Oliwiera, musiałaby teraz w nią uwierzyć, widząc tych dwoje młodych, którzy w uniesieniu miłości zapomnieli o całym świecie, o swej niedoli i o swym bezmiernym cierpieniu.
— Nie! — zawołała panna de Scudéry — tylko czyste serca są zdolne do takiego upojenia i zapomnienia o wszystkim.
Jasne promienie poranka wdarły się przez okno do pokoju. Desgrais zapukał lekko do drzwi i przypomniał, że czas już odprowadzić Oliwiera Brussona, ponieważ później nie dałoby się to zrobić bez zwrócenia powszechnej uwagi. Kochankowie musieli się rozłączyć.