Niejasne przeczucia nieszczęścia, które opanowały duszę panny de Scudéry, odkąd Brusson po raz pierwszy stanął w jej domu, zamieniły się teraz w najstraszniejszą rzeczywistość. Widziała syna swej ukochanej Anny zaplątanego bez własnej winy w taki sposób, że trudno było pomyśleć niemal, aby go można jeszcze ocalić przed hańbiącą śmiercią. Podziwiała bohaterstwo młodzieńca, który wolał raczej umrzeć pod zarzutem strasznej winy, niż zdradzić tajemnicę, przynoszącą śmierć ukochanej. Zastanawiając się nad wszelakimi możliwościami, nie mogła znaleźć jednak sposobu, jak wyrwać nieszczęśliwego Oliwiera strasznemu trybunałowi sądowemu. A przecież miała w duszy niezłomne przekonanie, że nie powinna się cofnąć przed żadną ofiarą, byleby odwrócić krzywdę, wołającą do nieba o pomstę, i śmierć, grożącą nieszczęśliwemu. Dręczyła się najróżnorodniejszymi zamysłami i planami, które wchodziły nieraz w zakres niemożliwości i które równie szybko odrzucała, jak tworzyła. Coraz bardziej zanikał wszelki, najdrobniejszy nawet błysk nadziei; była już bliska rozpaczy. Ale nieograniczone, dziecięce zaufanie, jakie w niej Madelon pokładała, radość, z jaką mówiła o ukochanym, spodziewając się, że niedługo uwolniony od wszelkiej winy pojmie ją za żonę, to wszystko dodawało pannie de Scudéry nadludzkich sił i aż do głębi wstrząsało jej sercem.
Aby wreszcie cośkolwiek uczynić, napisała długi list do prezydenta la Regnie. W liście przedstawiła, że Oliwier Brusson w najbardziej wiarygodny sposób wykazał swoją niewinność i bezpodstawność zarzutu, jakoby zamordował Cardillaca. Tylko bohaterskie postanowienie wzięcia ze sobą do grobu tajemnicy, której odsłonięcie zadałoby kłam cnocie i niewinności, wstrzymuje go od poczynienia zeznań przed sądem. Bo gdyby zeznał wszystko, wyznanie to musiałoby go oczyścić nie tylko ze strasznego podejrzenia, że zamordował Cardillaca, ale także zwolniłoby go z zarzutu, że należał do bandy niegodziwych zbrodniarzy.
Panna de Scudéry użyła wszystkich środków, jakie daje płomienny zapał i pełna roztropności wymowa, aby zmiękczyć kamienne serce prezydenta la Regnie. Prezydent odpowiedział po kilku godzinach. Wyraził swoje serdeczne uradowanie, że Oliwier Brusson zdołał się w oczach swej szlachetnej protektorki zupełnie uniewinnić. Co zaś do bohaterskiego postanowienia Oliwiera, który pragnął wziąć z sobą do grobu tajemnicę, pokrywającą zbrodnię, wyraził ubolewanie, że Chambre ardente nie może, niestety, należycie uszanować podobnej bohaterskiej odwagi, lecz, przeciwnie, starać się będzie złamać ją wszelkimi najsilniejszymi środkami. Zakończył przypuszczeniem, że spodziewa się w ciągu trzech dni posiąść tę szczególną tajemnicę, która zapewne skrzętnie ukrywane cudowności wywiedzie na światło dzienne.
Aż nadto dobrze wiedziała panna de Scudéry, co straszliwy la Regnie nazywał środkami, którymi zamierzał złamać upór i milczenie Brussona. Było niemal pewnym, że tortury nie ominą nieszczęśliwego młodzieńca. W śmiertelnej trwodze przyszła jej wreszcie myśl, że najlepiej byłoby zasięgnąć rady uczonego prawnika, aby uzyskać przynajmniej zwłokę.
Pierre Arnaud d’Andilly był wówczas najsłynniejszym adwokatem w Paryżu. Głęboka wiedza i szeroki umysł łączyły się z cnotą i poczuciem sprawiedliwości. Do niego więc udała się panna de Scudéry i przedstawiła wszystko, o ile to było możliwe bez zdradzania tajemnicy Brussona. Sądziła, że d’Andilly z gotowością i zapałem stanie po stronie obwinionego, doznała jednak gorzkiego rozczarowania. D’Andilly wysłuchał spokojnie wszystkiego i uśmiechając się odpowiedział słowami Boileau: „Le vrai peut quelquefois n’être pas vraissemblable. Prawda może być czasami nieprawdopodobna.” Potem wykazał pannie de Scudéry, że przeciwko Brussonowi świadczą najbardziej rzucające się w oczy pozory, że la Regnie bynajmniej nie postępuje surowo lub zbyt porywczo, przeciwnie zupełnie zgodnie z prawem; co więcej, nie mógłby inaczej postąpić, nie chcąc zgwałcić obowiązków sędziego. On sam, d’Andilly, nie spodziewa się, aby przez najzręczniejszą obronę można było uratować Brussona od tortury. Sam Brusson tylko może sobie w tym wypadku dopomóc, jeżeli albo złoży szczere zeznanie, albo opowie przynajmniej dokładnie wszystkie szczegóły morderstwa Cardillaca, aby w ten sposób dać śledztwu nowe podstawy i zwrócić je na inne tory.
— Więc rzucę się do nóg królowi i jego będę błagać o łaskę — rzekła panna de Scudéry głosem zdławionym przez łzy.
— Na miłość Boską, nie czyń pani tego! — zawołał d’Andilly. — Zachowaj na później ten ostatni środek ratunku, bo jeżeli on cię zawiedzie, wszystko stracone bezpowrotnie! Król nigdy nie uniewinni zbrodniarza tego rodzaju; gdyby to uczynił, dotknęłyby go gorzkie wyrzuty ludu, którego życie i zdrowie są zagrożone. Być może, Brusson przez wyjaśnienie tajemnicy lub w inny jakiś sposób zdoła odwrócić padające na niego podejrzenie. Wtedy dopiero będzie czas błagać króla o łaskę, ponieważ nie będzie on wtedy pytał, co sądy udowodniły lub nie, lecz poradzi się swego własnego sumienia.
Panna de Scudéry z konieczności musiała przyznać słuszność słowom doświadczonego adwokata.
Pogrążona w głębokim smutku, rozmyślała bez przerwy, co począć, jakich użyć środków, aby uratować biednego Oliwiera. Gdy tak siedziała późnym wieczorem w swoim pokoju, weszła nagle Martinière, zawiadamiając, że hrabia Miossens, pułkownik gwardii królewskiej, pragnie z nią koniecznie pomówić.
— Wybacz, zacna pani — rzekł Miossens, złożywszy żołnierski ukłon — że nachodzę twój dom tak późno, w tak niestosownej porze! Ale my, żołnierze, nie umiemy inaczej; zresztą dwa słowa usprawiedliwią mnie przed tobą. Przywiodły mnie tu losy Oliwiera Brusson.