Głowę miał obnażoną, a czuprynę zaplecioną w loki. Na ubiór jego składały się: czarna, obcisła, w jaskółczy ogon ku dołowi rozwinięta szata, zaopatrzona w długi, z jednej kieszeni zwisający róg białej chustki do nosa, pludry13 z czarnego kaźmirku14, czarne pończochy i zwiewne trzewiki, podobne do półbutów, z olbrzymimi kokardami z czarnych, satynowych wstążek zamiast sznurowadeł. Pod jedną pachą dźwigał obszerny szapoklak15, zaś pod drugą — pięciokrotnie niemal większą od siebie skrzypkę16. W lewej jego dłoni tkwiła złota tabakierka, z której czerpał nieustannie niuchy z nieporównaną godnością, podczas gdy schodził ze wzgórza za pomocą koźlich skoków i zakreślał nogami wszelkie rodzaje fantastycznych zygzaków. Boże Miłosierny! Takiego tylko widoku nie dostało17 oczom sławetnych mieszczan Vondervotteimittissu! Bądźmy dokładni: pomimo śmiechu — miał nicpoń zuchwałe i złowieszcze rysy w swej twarzy i podczas gdy prosto do miasta zdążał galopkiem, sama już stożkowatość jego obuwia wystarczała dla obudzenia tysiąca podejrzeń. I niejeden obywatel, który nań onego dnia poglądał, dałby to lub owo za jedno zerknięcie w głąb chustki z białego batystu18, która tak nieznośnie zwisała z kieszeni jego szaty o jaskółczym trenie. Lecz przede wszystkim słuszne wywołała oburzenie ta okoliczność, że ów nikczemny chłystek, wzorzyście wywodząc nogami już to fandanga19, już to piruety — nie zachowywał w tańcu żadnych prawideł i nie miał najmniejszego pojęcia o tym, co znaczy — jak to mówią — maszerować wedle taktu.

Tymczasem nie zdążyła jeszcze poczciwa ludność grodzka rozewrzeć oczu na oścież, gdy nagle punkt o pół minuty do dwunastej — ów urwipołeć — czy dacie wiarę mym słowom? — rzucił się rozpędnie w sam środek sławetnego zgromadzenia, czyniąc tu jedno chasse20, ówdzie — jedno balance21 — po czym, wykonawszy jeden piruet i jeden zwrot zefirowy22, gołębim lotem pofrunął ku wieżycy Ratusza, kędy gwardian zegarowy z fajką w gębie osłupiał w poczuciu własnej godności i własnego przerażenia. Atoli tyci nicpoń w te pędy zdzielił go w nos pięścią, potrząsnął owym nosem, pociągnął za ów nos, przerzucił na bakier głowie gwardiana olbrzymi szapoklak, wtłoczył mu go aż po oczy i aż po gębę — potem wzniesioną ku górze ogromniastą skrzypką jął go tłuc tak długotrwale i tak jędrnie, że — zważywszy na odętość gwardiana i na wielkość oraz próżnię skrzypki — można było przysiąc, iż cały regiment tęgich bębnów grał pobudkę diabelską na dzwonnej wieży Vondervotteimittissu.

Nie wiadomo, do jakich rozpaczliwych czynów zemsty mogłaby doprowadzić mieszkańców owa napaść godna oburzenia, gdyby nie tak wielce poważna okoliczność, iż do południa brakowało jeno pół sekundy. Dzwon za chwilę miał wydzwonić godzinę zaś było to sprawą bezwzględnej i wyższej konieczności, aby każdy miał na oku swój zegarek. A tymczasem stało się oczywistością, że właśnie w tej chwili zuchwalec, zapodziany w dzwonnicy, ma coś przeciwko dzwonowi i wtrąca się nie do swoich rzeczy.

Lecz, ponieważ dzwon zaczął dzwonić, nikt nie miał czasu na śledzenie ruchów zdrajcy, gdyż każdy natężał uszu gwoli rachowania uderzeń.

— Raz! — zawołał dzwon.

Rass — odpowiedział z głębi każdego, obitego skórą fotela każdy wiekowy jegomość z Vondervotteimittissu.

Rass — pochwycił zegarek onego jegomości.

Rass — powtórzył zegarek jego malszonki23.

Rass — odrzekły zegarki chłopców i tycich pozłacanych klejnotów, przytwierdzonych do ogona kota i maciory.

— Dwa — ciągnął dalej wielki dzwon.