Po jej prawym boku siedziała tycia młódka, która zdawała przewodniczyć zebraniu.
Ta zwiewna, drobna istota — drżeniem przesmuklonych palców, sińcami warg i przejrzystym, gorączkowym wypiekiem, piętnującym jej ołowianą skądinąd cerę, zdradzała widoczne oznaki rozszalałych suchot. A jednak znamię dostojnego wykwintu jaśniało w całej jej postaci. Z wdziękiem i zgoła niewymuszenie nosiła na sobie obszerny i nadobny całun z na skroś wytwornego, indyjskiego samodziału. Warkocze falą kędziorów spływały jej na karczek. Słodki uśmiech igrał na jej ustach, lecz nos bezgranicznie wydłużony, cieniuchny, wężowo skręcony, gibki i opryszczony zwisał o wiele poniżej dolnej wargi. I ów ryjek, mimo powabu, z jakim go przemiejscowiała od czasu do czasu i usuwała językiem już to na prawo już to na lewo — nadawał jej twarzy wyraz wcale niedwuznaczny.
Po drugiej stronie — po lewicy jejmości dotkniętej wodną puchliną, siedział kusy staruch — obrzmialec, astmatyk i podagryk10 w jednej osobie. Policzki jego wylegiwały się na ramionach jak dwa wielgaśne bukłaki wina z Oporto. Z dłońmi skrzyżowanymi, z jedną nogą zasobną w opatrunek i gwoli spoczynku złożoną na stole — miał snadź — pozór człowieka, który czuje prawo do pewnego szacunku. Najwidoczniej czerpał sporo dumy z każdego cala swej przyrodzonej powłoki, lecz osobliwych zadowoleń dostarczało mu ściąganie uwagi powszechnej na swój jaskrawej barwy surdut. Surdut ów niezaprzeczenie kosztował go niemało pieniędzy i samym swym rodzajem sprawiał, że mu w nim było wielce do twarzy. Użyto nań jednej z tych jedwabnych, po mistrzowsku haftowanych tkanin, stanowiących przynależność chwalebnych godeł, które w Anglii i w innych krajach wieszają w miejscu łacno11 widocznym, ponad domami wielkich rodzin, w czasie ich nieobecności.
W poboku niego, po prawicy przodownika uczty, tkwił jegomość w długich, białych pończochach i bawełnianych majtkach. Całą jego osobą wstrząsała śmieszliwie drgawka nerwowa, którą Tarpaulin przezywał śmiertelną ciągotą pijaństwa. Jego świeżo wygolone żuchwy krępował ściśle bandaż muślinowy, a ręce, w ten sam sposób przewiązane w napiąstkach, ujmowały mu swobody osobistego posługiwania się zastawą likworów, którą to przezorność, zdaniem Udźca, uzasadniał osobliwie zbydlęciały wyraz jego twarzy hulaszczej. Mimo to para niezwykłych uszu, których bez wątpienia nie mógł trzymać na uwięzi, prężyła się ku górze i od czasu do czasu podrygiwała spazmatycznie na odgłos każdego strzelającego z butli korka.
Przeciwległy mu — szósty a ostatni osobnik miał pozór osobliwej drętwoty i, dotknięty paraliżem, czuł się chyba nieswojo w nazbyt niedogodnej szacie. Był przyodziany (przyodziewek zapewne jedyny w swym rodzaju) w powabną trumnę ze świeżego całkiem mahoniu. Na czaszce jego — na kształt hełmu — wspierał się kraniec wieka i przysłaniał go, jak rodzaj kaptura, nadając twarzy wyraz trudnej do opisania zalotności. Rękawy zastąpiono wydrążonymi z dwu stron otworami, tyleż dla wygody, ile dla elegancji. Lecz ubiór ten chwilami wzbraniał nieszczęsnemu strojnisiowi tkwić prosto na swym miejscu na wzór reszty towarzyszów12 i, ponieważ przystawiono go do kobyłki w pochyleniu pod kątem czterdziestu pięciu stopni, tedy obydwie jego obszerne a wybałuszone źrenice wywracały się i miotały swe straszliwe, białawe gomóły ku pułapom, jakby do cna zdumione własnym ogromem.
Przed każdym biesiadnikiem w zastępstwie kielicha stał półczerep ludzki. Nad ich głowami wisiał kościotrup na sznurze przewiązanym wokół jednej z jego nóg i przytwierdzonym do pierścienia tkwiącego w suficie. Druga noga, wolna od podobnej uwięzi, pod kątem prostym odstrychnęła się od całości, zniewalając pogmatwany i dygotliwy szkielet do pląsów i piruetów, ilekroć powiew wiatru torował sobie ujście przez salę. Czaszka onego straszydła zawierała niezbędną małość płonących żużli, które na wszystką dookolność rzucały światło migotliwe, lecz silne. I trumnice, i wszelki dobytek przedsiębiorcy pogrzebowego, spiętrzony wokół komnaty i u okien, nie pozwalał żadnemu promieniowi wyśliznąć się na ulicę.
Na widok tego dziwacznego zgromadzenia i jeszcze dziwaczniejszych sprzętów dwaj nasi marynarze nie zachowali całkowitego poloru13, którego można było po nich się spodziewać. Udziec, wsparłszy się o ścianę, popod14 którą był się znalazł, opuścił dolną żuchwę jeszcze niżej niż zazwyczaj i swe olbrzymie oczy rozwarł, ile mógł, na oścież, podczas gdy Hugh Trapaulin, pokładając się aż do zrównania poziomu swego nosa z płaszczyzną stołu i uczepiwszy się dłońmi za własne kolana, wybuchnął zgoła zbytecznym i niewczesnym15 śmiechem, który to śmiech był raczej pełnym dalszych ciągów, hucznym a ogłuszającym porykiem.
Wszakże, niezrażony tak wyjątkowym nieokrzesaniem, wybujały przodownik uczty powitał nieproszonych gości wielce uprzejmym uśmiechem, obdarzył ich pełnym godności skinieniem czarno upierzonej głowy i powstawszy ujął każdego pod ramię i zaprowadził do siedliska, które właśnie przed chwilą reszta pozostałych biesiadników sporządziła ku ich potrzebie. Udziec niczemu się bynajmniej nie opierał i usiadł tam, gdzie mu wskazano, podczas gdy zalotny Hugh, usuwając swą kobyłkę z honorowego za stołem miejsca, przeniósł wspomniany przybór do pobliża drobnej, w całun wystrojonej suchotnicy, z tęgą radością grzmotnął się tuż obok niej na siedzenie i, czerwonym winem napełniwszy czerep, wyżłopał go do dna na cześć najściślejszej znajomości. Lecz owo napomknienie sprawiło, iż sztywny jegomość w trumnicy okazał coś w rodzaju szczególnego a najwyższego rozdrażnienia. Mogłyby stąd wyniknąć poważne następstwa, gdyby przewodniczący, grzechocąc po stole swym berłem, nie skupił uwagi obecnych następującą przemową:
— Szczęśliwa sposobność, która się nadarza, obowiązuje nas...
— Słuchaj no, ty! — przerwał Udziec, niezmiernie poważniejąc w twarzy16 — słuchaj no krztynę czasu, coć gadam, i powiedz nam, co wy za jedni jesteście, u kaduka, i dokoła jakiej roboty krzątacie się tam, postrojeni niczym czarci z kałuży, i żłopiący niezgorszą gorzałę naszego czcigodnego druha, Willa Wimble’a — karawaniarza — oraz wszystkie jego, na zimowe leże uciułane zapasy!