Spłacony dług

Rozdział I. Verity przyjmuje propozycję

— Ależ ja pana nie kocham ani pan mnie — rzekła Verity cichym głosem, z wyrazem zarzutu w smętnych oczach — a takie małżeństwo byłaby to nie święta rzecz: straszna zbrodnia, której cały pański majątek nie zdołałby okupić.

Wstała.

— Proszę chwilę poczekać, bardzo o to proszę.

Usiadła z powrotem. W głosie Bella brzmiała prośba, niemal zamieranie.

Siedziała w milczeniu, podczas gdy on mówił. W połowie jego opowiadania wstała i zamknęła drzwi. Mówił już to pełen nadziei, już to z gorzkim wyrazem, aż światło na niebie zbladło i Verity mogła widzieć tylko ciemne kontury człowieka, który chodził tam i z powrotem po pokoju, mówiąc z rękami nerwowo gestykulującymi.

Było już całkiem ciemno, gdy ją żegnał. Wyszedł z nią bez kapelusza na głowie i wsadził ją do dorożki.

— Do jutra? — powiedział.

— Do jutra — powtórzyła. Podała mu rękę, którą podniósł do ust.