— Przecież Willetts nie żyje — zauważył Gold. — W jakim celu uczyniłeś to szaleństwo?
— Willetts żyje — odparł Comstock Bell.
Człowiek leżący w łóżku uśmiechnął się ledwo widzialnie.
— Tak — szepnął cicho — żyje... ja jestem Willettsem.
Przewrócił się na drugi bok i ciągnął dalej, jak gdyby do siebie samego. Z wielką trudnością pochwycili jego szeptanie.
— Jam jest Willetts — ciągnął — biedny Tomasz Willetts; nazwisko „Willetts” zdawało mi się już wymarłe w zupełności.
Milczał przez długi czas, tak że myśleli, że zasnął. Lekarz pochylił się nad nim, z lekka dotykając jego twarzy.
— Nie żyje — oświadczył.
*
W godzinę potem Comstock Bell i Gold byli na drodze do Londynu. Nastąpiły wzajemne wyjaśnienia.