Szli, potykając się co krok, przez jakiś kwadrans drogi. W ciemności Verity rozróżniała jakiś niski budynek, który stał na skraju rzeki. Przypływ był znaczny i Helder wydał lekki pomruk zadowolenia.
W ciemności szukał wejścia do budy, otworzył ją i wepchnął Verity do wnętrza.
Tchnęło zapachem smoły i nafty.
Helder zaświecił lampę i ujrzała się w dużej budzie okrętowej, w której na środku tłusto wysmarowanych tramów stała łódź motorowa. Przodem skierowana była ku bramie u drugiego końca, skąd widocznie był wstęp do wody.
Helder obserwował ją, gdy rozglądała się po wszystkim z niejakim zainteresowaniem.
— To moja łódź ratunkowa — rzekł, wracając do swojego starego, dobrego humoru, i wskazał na wielką barkę ze wzruszeniem — ona czeka na mnie, by mnie wyratować z rozbitego okrętu — dodał. — Czas najwyższy, by opuścić ten kraj.
Dwaj towarzysze oglądali łódź z ciekawością.
Tiger Brown, jakkolwiek był przestraszony czekającą nań perspektywą, nie mógł powściągnąć okrzyku podziwu dla przewidującego chlebodawcy:
— Patrzcie, to eleganckie!
— Ona jest zaopatrzona na dłuższą podróż i jest wspaniałym okręcikiem morskim — zauważył Helder.