— Będę panią nazywał Verity, dobrze?
— Będzie mi bardzo miło — odpowiedziała.
Wentworth Gold słuchał z wielkim zainteresowaniem. Było to coś nadzwyczajnego, myślał. Podobnie jak dziewczynę, jego również uderzyła nierealność położenia.
Oto było dwoje ludzi, skojarzonych ze sobą na całe życie. On milioner, ona prosta dziewczyna, znacznie niżej społecznie postawiona. Mówili do siebie jak ludzie, co zostali niedawno sobie przedstawieni i nie mieli ze sobą nic wspólnego poza węzłami świeżej znajomości. Zastanawiał się, jak długo trwały zaloty, o ile w ogóle jakieś zaloty miały miejsce. Myślał też o jej wyprawie: jak mogła ją zebrać, jeśli nie miała nawet chwili czasu, by o tym pomyśleć. Wszelkie jego wątpliwości na tym punkcie rozwiały słowa, z którymi Bell właśnie w tej chwili się do niej zwrócił.
— Może pani wszystko sprawić sobie w Paryżu.
— Nie będę wiele potrzebowała — spokojnie odrzekła.
Comstock Bell śmiał się z zegarkiem w ręku, a dziewczyna uśmiechała się wdzięcznie.
— Nie mamy przez całą godzinę nic do czynienia18 — rzekł Bell. — Chodźmy do parku. Pójdziesz z nami, Gold?
Wentworth Gold był ignorantem na punkcie zwyczajów towarzyskich i nie miał pojęcia o małżeństwie i o stosunkach między małżonkami. Szczególnie w tego rodzaju sytuacji jak obecna nigdy się jeszcze nie znajdował. Żył sam, bez rodziny. Gdy doszedł do stopnia magistra, małżeństwo wyobrażał sobie w postaci tajemniczych konferencji między mężem a żoną o tym, co będą jedli na obiad. Mimo to wrodzony takt dyktował mu, że winien w tej chwili pozostawić szczęśliwą parę samym sobie i pożegnać ich.
Zmyślił jakieś pilne zajęcie i właśnie miał wyrazić swój żal, że nie może dłużej korzystać z ich przemiłego towarzystwa, gdy Bell wybawił go z konieczności popełnienia kłamstwa.