— O tym nie musi pan pamiętać, młody panie — rzekł.

Dziennikarz włożył notes do kieszeni.

— Mam zbyt dobrą pamięć, abym miał zapomnieć o pannie Maple — oschle rzekł. — To jest młoda osoba, którą raz zobaczywszy, trudno zapomnieć, i widziałem ją niedawno temu, gdy jej wuj dokonał tajemniczego zniknięcia.

Stali na schodach, gdy toczyła się ta rozmowa. Helder kroczył tymczasem tam i z powrotem po chodniku, czekając niecierpliwie na koniec interview.

— Dziękuję panu serdecznie za pańską łaskawość — zakończył reporter, zwracając się do Golda. Schodzili na dół, gdy nagle na okrzyk Heldera musieli się zatrzymać na miejscu.

Helder patrzył ponad nich w kierunku środkowego okna.

— Patrzcie! — szepnął.

Gold powiódł okiem w tę stronę i stanął jak wryty ze zdumienia.

Albowiem w oknie stała, z wyrazem napięcia na przestraszonej twarzy, Verity Comstock Bell, która jeszcze tego samego poranka była Verity Maple.

Stała, obejmując wzrokiem ulicę. Światło lampy ulicznej odsłaniało jej zagadkowe oblicze. Usta miała skurczone, a oczy wytrzeszczała, jak gdyby na coś, czego nie mogła dojrzeć, marszcząc brwi, jak ktoś, kogo nagle spotkała straszliwa, dręcząca zjawa.