Człowiek ten zwracał uwagę swą ułomnością. Nosił czarny płaszcz, kapelusz o szerokich brzegach i długie czarne włosy, zaczesane z tyłu tak, że zwisały mu na karku, przez co przypominał muzyka.

Doszedł do Broad Street3 — o tej porze nocnej na całej ulicy nie było nikogo poza parą spóźnionych pieszych, którzy zmierzali ku stacji kolejowej — i skierował się ku brzegowi.

Gdyby ktoś zadał sobie trud śledzenia go, musiałby niemal się zdziwić, czemu obrał tak okrężną drogę, o ile jedynym powodem nie była prosta chęć zabicia czasu. Gdy zegar kościelny wybił jedenastą, znajdował się na obszernym placu za Giełdą Królewską4. W trakcie drogi przyłączył się doń jakiś człowiek, który czekał już na niego od jakiegoś czasu, powoli przechadzając się po chodniku Threadneedle Street5.

— Ach, Clark — przywitał go — nie masz listu?

Mówił po francusku.

— Nie, panie Willetts — odparł. — Czy ma pan dla mnie jakieś zajęcie?

Jego francuszczyzna była szkolna; poprawna w budowie zdania, lecz wymowa wyraźnie angielska.

Człowiek nazwany Willettsem potrząsnął głową.

— Tej nocy... nie mam nic — rzekł.

— Był ktoś u pana — mówił Clark — i rozpytywał się o pańskie stosunki i zajęcia.