Helder zauważył, że w czasie ich rozmowy ci dwaj zajęci byli pilnym pisaniem czegoś. Domyślił się, że zapewne układali swoje sprawozdania i podziwiał do pewnego stopnia ekonomię wewnętrzną więzienia, zastanawiając się przy tej sposobności nad zajęciami takich dozorców więziennych i nad sposobem ich wypoczynku.
Widzenie nie trwało długo: najwięcej chodziło mu o ostrzeżenie Rosjanina, aby się nie ważył wygadać. Przyrzekł mu sowite utrzymanie za wypuszczeniem z więzienia. W ciągu rozmowy przekonał się, że ze strony tego człowieka nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. Wstając, miał przynajmniej przeświadczenie, że ta wątpliwość zniknęła mu z umysłu.
Zastał dyrektora czekającego nań na dworze.
— Chciałby pan zobaczyć więzienie? — zapytał przedstawiciel władzy.
Pysznił się swoim urzędem: pysznił się dyscypliną, czystością i porządkiem panującym w zakładzie więziennym.
— Z całą przyjemnością — powiedział Helder.
Zastanawiał się przedtem, czy nie będzie miał trudności w uzyskaniu pozwolenia, które zostało mu jednak z taką gotowością udzielone. Dyrektor oprowadził go po wielkiej hali, gdzie rzędami wznosiły się cele od samej ziemi aż po szklany dach. Stalowe, błyszczące krużganki biegły z trzech stron gmachu, a między każdym piętrem rozpościerała się gęsta sieć metalowa.
— Musimy to mieć — rzekł dyrektor. — Były niedawno dwa wypadki usiłowanego samobójstwa.
Zaprowadził go do jednej z cel. Na jego żądanie zamknięto za nim bramkę. Odczuwał chorobliwe pragnienie uzmysłowienia sobie, czym jest więzienie, jednakże zadowolony był, gdy usłyszał zgrzyt zamka i otworzono bramkę ponownie.
— Więźniowie odbywają właśnie ćwiczenia — rzekł dyrektor.