— Pani, zdaje się, powiedziała „na mój honor”?
Skinęła głową.
— To były moje słowa — rzekła spokojnie.
— Pani, zdaje mi się, jest wprost autorytetem na polu tak zwanych honorowych postępków?
— Absolutnie — odrzekła — miałam do czynienia z niehonorowymi ludźmi i sama popełniłam niehonorowe czyny. To pan wszak chciał powiedzieć, czy nie?
Uśmiechnęła się ponownie, on zaś był uderzony bezpośredniością ataku.
— Jednakże nigdy nie oczerniałam nikogo i nie kłamałam o nich ani nie starałam się zadawać im rany.
— Wiem o tym — powiedział Helder z drwiącą uniżonością — mówią o pani, że jesteś, powiem, grzeczna?
— Może pan mówić, co się panu żywnie podoba. Ja powtarzam tylko, że kto oskarża Comstocka Bella, że jest fałszerzem, jest albo wielkim wariatem, albo wielkim kłamcą.
Zmarszczyła brwi.