Zobaczyliśmy go lepiej. Był dużego wzrostu, silny, barczysty i wcale nie wyglądał jak czerwonoskóry Indianin z książki Dicka.
— Cóż za okropny obiad — mruknął i wrócił do gabinetu, drzwi za sobą nie domykając.
Nie podsłuchiwaliśmy oczywiście i nie staliśmy pod drzwiami, ale indyjski wujaszek mówił bardzo głośno, a ojciec nie dał się przekrzyczeć jakiemuś tam Indianinowi, mówił także głośno.
Słyszeliśmy jak opowiadał wujowi, że jest to doskonały interes, tylko wymaga kapitału, niewielkiego kapitału — a mówił to, jak nieprzyjemną lekcję, której chce się pozbyć jak najprędzej.
Na to rzekł wuj:
— Nie kapitału, ale lepszego prowadzenia wymaga ten interes.
A ojciec odpowiedział:
— To jest przykry temat, w ogóle żałuję, że go poruszyłem, mówmy o czym innym. Pozwoli pan kieliszek wina?
I wtedy Indianin powiedział coś o sprzedaży, stratach i — że człowiek biedny, stary, złamany, nie może być zbyt ostrożny.
Potem mówili o parlamencie, kwestiach podatkowych itp. Nie interesowało to nas więc.