Po jednej stronie stołu siedział mężczyzna o jasnych oczach i bladej twarzy. Wyglądał bardzo młodo, za młodo nawet jak na redaktora.
— Dobry wieczór — rzekł — więc jesteście przyjaciółmi pani Leslie.
— Zdaje się — odpowiedział Noel — dała nam po szylingu i życzyła powodzenia.
— Powodzenia? Tak, tak. Cóż z tymi poezjami? Który z was jest poetą?
Nie rozumiem, jak mógł zadać podobne zapytanie. Oswald jak na swój wiek wygląda bardzo po męsku. Nie wypadało jednak obrazić się o takie posądzenie, więc rzekłem:
— Oto mój brat Noel, poeta — a Noel pobladł, jak dziewczyna.
Redaktor wskazał nam krzesła przy stole, po czym zaczął czytać poematy Noela.
Noel zbladł jeszcze silniej i zdawało mi się, że zemdleje, jak wtedy gdy się zaciął w palec, a potem dla zatamowania krwi włożyliśmy mu rękę do miski z zimną wodą.
Redaktor przeczytał pierwszy wiersz, zdaje się ten o karaluchu, podniósł się z fotela i stanął tyłem do nas. Nie jest to chyba oznaka dobrego wychowania, ale Noelowi zdawało się, że jak to piszą w książeczkach, chce „ukryć piorunujące wrażenie”, jakie na nim wywarły poezje mojego brata.
Po przeczytaniu wszystkich utworów, redaktor zwrócił się do Noela.