Za ścianą znajdował się piękny ogród z cudnymi kwiatami i klombami. Poszliśmy ścieżką wysypaną żółtym piaskiem. Na zakręcie ukazał się Noel. Stał z plamą atramentu na policzku (mimo próśb Dory nie zmył jej, wychodząc z domu); rozwiązało mu się sznurowadło u bucika i był wpatrzony w małą dziewczynkę, najśmieszniejszą dziewczynkę, jaką kiedykolwiek widziałem.
Wyglądała jak mała porcelanowa laleczka. Miała buzię jasną, długie złote włosy, zaplecione w dwa warkocze, czoło duże, wypukłe; policzki pełne, a oczy niebieskie. Ubrana była w czarną jedwabną sukienkę, spod której widać było strasznie cienkie nogi, obute w czarne lakierki. Siedziała na ogrodowym krześle nieruchoma i wyprostowana, a na kolanach trzymała szarego kotka.
Podchodząc usłyszeliśmy, jak pytała Noela:
— Kto ty jesteś?
Noel zapomniał, że przed chwilą jeszcze był niedźwiedziem i już bawił się w ulubioną grę.
— Jestem księciem Kamaralcaman26.
Dziewczynka uśmiechnęła się z zadowoleniem.
— Myślałam, że jesteś zwyczajnym chłopcem. — A ujrzawszy nas, zapytała znowu. — Czy wy także jesteście książętami i księżniczkami?
Odpowiedzieliśmy jednogłośnie: tak! A ona na to:
— I ja także jestem księżniczką.