Potem był obiad, podczas którego naradzaliśmy się, kiedy pójdziemy do Ogólnego Dobroczyńcy. Naturalnie wszyscy chcieliśmy iść do niego.
Może by O. D. (tak skróciliśmy Ogólny Dobroczyńca) był niezadowolony, gdyby nas przyszło sześcioro.
Zauważyłem nieraz, że ludzie mieli nam za złe, że jest nas aż sześcioro. Jeżeli nie jest zbyt wiele sześć par pończoch, sześć funtów jabłek albo sześć pomarańczy, to dlaczegóż sześcioro dzieci miałoby być za dużo?
Naturalnie Dick miał pójść, bo to był jego pomysł.
Dora wolała pojechać w odwiedziny do starej ciotki. Ala uważała siebie za niezbędną, bo w ogłoszeniu było napisane: „panie i panowie”. A może O. D. nie zechciałby nam pożyczyć pieniędzy, gdyby nie było chociaż jednej pani.
H. O. powiedział, że Ala nie jest żadną panią.
Na to ona:
— A ty zostaniesz w każdym razie, bo jesteś smykiem!
— Gęś, jędza, czarownica!
I Ala się rozbeczała. Dora znowu musiała godzić rodzeństwo. Stanęło na tym, że Noel pojedzie z Dorą do ciotki, a my zabierzemy H. O., który się tego gwałtownie napierał.