Postanowiliśmy z Dickiem nie opuszczać go i wsunęliśmy się za nim do kuchni.
Nagle usłyszeliśmy, jak nasz złodziej wołał:
— Poddaj się! Ręce do góry, bo wystrzelę — i oczom naszym przedstawił się widok nieoczekiwany.
Nasz złodziej stał z wymierzonym pistoletem (tak, jak Oswald poprzednio), a naprzeciwko niego jakiś mężczyzna niskiego wzrostu, o obrzękłej twarzy i dużym czerwonym nosie. Wyglądał na złodzieja najgorszego gatunku. W ręku trzymał małą latarkę i pęk kluczy.
— Dobrze! Dobrze... — drżał jak w febrze — tylko weź tę broń.
— A teraz, Oswaldzie, idź po policję — rzekł nasz złodziej stanowczym głosem.
Złodziej spojrzał na mnie i zaczął mówić.
— Proszę łaski pana. Niech mnie pan puści. Jestem biedakiem, mam żonę i dzieci, co się z nimi stanie, gdy mnie wezmą do ciupy — oczy mu latały na wszystkie strony — dzieci głodne, poszedłem kraść, ażeby im kawałek chleba przynieść. Tyle pokus na tym świecie. — I spojrzał na srebrny koszyk, który stał na kredensie. Dora, Ala, Noel i H. O. weszli do kuchni. Zdawało im się, że kot tym razem napędził stracha naszemu złodziejowi.
A ten opryszek wciąż mówił o głodnej rodzinie, chorej żonie i ośmiorgu dzieci.
— Niech go pan puści — prosiła Ala — może naprawdę ma taką dziewczynkę, jak ja. Gdyby to był ojciec...