Oswald w pierwszej chwili nic nie mógł dostrzec. Potem ujrzał zbliżającą się łódź. Podjechała do naszej. Ludzie z tamtej łodzi rozmówili się szeptem z naszą załogą, a potem podali do naszej żaglówki sporą beczkę.
Uradowało to niezmiernie Oswalda, gdyż lękał się, że nasza wyprawa, „wyprawa przemytników”, może się skończyć zwykłym nocnym połowem ryb.
Było coraz zimniej. Dick spał w kabinie, a Oswald siedział na pomoście, oparty o swoją beczkę.
Gdy się jest nocą samemu na morzu, świat staje się większy, szerszy i głębszy, niebo jest odleglejsze i większa jest otchłań.
Oddając się tym i tym podobnym rozmyślaniom, Oswald wreszcie usnął. Obudził go stary marynarz, trącając z lekka.
— Zajmijże się, obywatelu, swoją beczką! Nie może tak sterczeć na górze, trzeba ją pchnąć pomiędzy ryby i sieci.
Oswald pchnął beczułkę: zapach, który się rozchodził z beczułki, wydał mu się podejrzany, pachniało prawdziwą wódką.
— Czy to aby na pewno sama woda? — zapytał Oswald.
— A cóż by to mogło być innego?
Znowu Oswald się zdrzemnął. Obudził się, kiedyśmy już dobili do brzegu. Wyskoczył na brzeg, ale po ziemi chodził jak pijany. Przypomniał sobie, że trzeba też obudzić Dicka.